B160nR – Piekło Czantorii 19/11/2016

Beskidzka 160 na raty

Beskidzka 160 na raty (edycja jesienna) – Piekło Czantorii

Czyli o tym jak jak wybieranie najkrótszej drogi może zostać ukarane 🙂

19/11/2016 odbyła się jesienna edycja biegu – Beskidzka 160 na raty. W skład tego wydarzenia wchodziły 3 dystanse: 21 km, 42 km i ultra 63.
Na ostatnie swoje długie zawody w tym roku wybrałem maraton bowiem gwarantował on 1 pkt do UTMB. 1 pkt czyli właśnie tyle ile brakuje mi do Biegu Ultra Granią Tatr.

Zapisy na bieg działały już w najlepsze kiedy wpisałem się na listę i dokonałem opłaty. W sumie to były już nawet w swojej schyłkowej fazie, bo opłaciłem już po ostatnim podanym na stronie organizatora terminie. Nie byłem pewien ile $ powinienem przelać, ale na zadane pytanie organizatorzy odpisali szybko za co dla nich duży plus.

Większość informacji o biegu była na jego stronie:
http://www.beskidzka160naraty.pl/
lub też na FB więc raczej nikt nie powinien mieć jakichś trudności. Finalne detale pojawiły się dość krótko przed biegiem (np. godziny odpraw technicznych itp.) ale czas ten był i tak akceptowalny i nie stwarzał żadnych problemów.

Tym razem logistyka biegowa poszła mi szybko. Zabrałem wszystko to co na ostatnie zawody (UltraKotlina).  Odchudziłem nawet trochę plecak bo zrezygnowałem z powerbanka i dodatkowych ciuchów. Prognozy zapowiadały znośną pogodę, nie było więc sensu ciągnąc ze sobą nie wiadomo co.

Ponieważ do Ustronia mam trochę daleko to rodzinnie wyruszyliśmy dzień wcześniej. Droga dobra, zakwaterowanie też. Rozczarowuje w sumie tylko sam Ustroń Polana (nic tu nie ma do zobaczenia oprócz gór :)) ale nie zwiedzanie było przecież celem wyprawy.

Po spacerku (około 1,8 km na miejsce biura zawodów). sprawnie i szybko wydano mi numer, chip i gadżety.  No może  nawet za szybko 🙂 bo nie dali mi numeru i dopiero po chwili wydający sobie o nim przypomniał. W sumie uratowało mnie to, że grzebałem po torbie patrząc co ciekawego dali. Gdybym wyszedł od razu, pewnie odebrałbym go przed samym biegiem 🙂

Pakiet startowy trochę słaby (dla fanów takich rzeczy). Torba materiałowa, kubeczek, karta rabatowa i parę ulotek. W sumie wszystko co było podane na stronie orga ale za startową kasę mogli jednak jeszcze na coś się szarpnąć.
Chyba zaczyna się okres zarabiania na biegach bo co na jakiś pojadę to wydaje się sporo, a szału gadżetowego nie ma. Życie…

Po atrakcjach tych, pozostało powrócić na kwaterę i szykować do biegu.
Start był o 05:00. 04:15 to odprawa techniczna więc wstałem około 03:00 by spokojnie zjeść i dojść z buta na start.
Kiedy już przemaszerowałem połowę drogi, zgarnęli mnie życzliwi ludzie jadący na ten sam bieg autem. Podyskutowaliśmy chwilkę no i można było już słuchać szczegółów odprawy. Co, gdzie, jaka trasa, Konkretnie i jasno, kolejny plus.

Piekło Czantorii - Odprawa
Odprawa przed biegiem

04:45 ostatnie wyjście w krzaczki :), rozgrzewka i tłum wariatów ruszył na start by zgodnie z harmonogramem wyruszyć na spotkanie z piekłem 🙂
Czemu piekłem? bo bieg reklamowany jest jako jeden z trudniejszych w Polsce. Przy dystansie ultra suma przewyższeń to około +5000m, maraton +3500 i półmaraton +2000.

Oprócz dystansu prawdziwą trudnością jest profil trasy. Nie ma tu lekkich i przyjemnych odcinków, cały czas pniemy się do góry albo zbiegamy w dół. Organizatorzy w piekielny sposób zadbali o rozrywkę wytyczając górską trasę po kilku stokach czy wyciągach narciarskich. Żeby było ciekawiej nachylenia każdego z odcinków oscyluje w okolicy 30 stopni. Prawdziwą wisienką na torcie jest zaś ostatnie podejście na metę (prowadzące pod wyciągiem narciarskim) gdzie na odcinku 1,4 km mamy 36 stopniowe nachylenie w górę. Mi pokonanie tego odcinka zajęło jakieś 51 min.

Oprócz górek swoje dołożyła też pogoda. Po niedawnych opadach deszczu i śniegu na trasie pozostało mnóstwo błota które w połączeniu z luźnymi kamieniami, liśćmi skutecznie spowalniało wspinanie się i zbieganie w dół. Ci co byli tu we wcześniejszych latach mówili, że bywało jeszcze gorzej ale dla mnie i to wystarczyło w zupełności.

Piekło Czantorii
Trzeba cisnąć…

Nie będę tu opisywał po kolei wszystkich wspinaczek i zbiegów ale zaręczam, że można było się zmęczyć. Strome górki nie pozwalały na bieg. Przeważnie się szło. Większość błotnistych zbiegów też nie zachęcała do rozpędzenia się. Tuptałem wolno jak słoń, głęboko cisnąć pięty moich Kanadii w błocko, tak by złapały chociaż trochę przyczepności. Szczęśliwie łapały ale i tak nie czułem chęci by przyśpieszyć.
Huśtawka góra/dół szybko wycisnęła ze mnie siły a prawdziwe atrakcje miały się dopiero zacząć. Po punkcie odżywczym (około 12 km) przyszło mozolnie piąć się pod kolejny stok. Jakieś 25 min na km szału nie robi. Kolejny killer to „ostatnia” górka przed końcem okrążenia. Może nie tak długa ale solidnie dawała w kość (znów ponad 23 min/km). Po niej pozostało jeszcze zbiec stromym zboczem nartostrady do punktu żywieniowego.

Piekło Czantorii
Idziemy sobie…

Pierwsze okrążenia wraz z postojem na pkt zajęło mi około 04:11. W drugim bufecie miałem psychiczny kryzys bo wydawało mi się, że nie ma opcji bym zdarzył na metę w limicie (tu moja pomyłka bo wydawało mi się, że jest 9 godzin a było 10). Rozważałem nawet czy nie zakończyć tutaj ale szczęśliwie mimo, że nie mam fest szybkości, odwagi by przełamywać limity (w znaczeniu np, biegu aż do kresu sił, szybko słucham organizmu, że pora maszerować) to mam jednak upór.  A ten kazał ruszyć dalej.

Jeśli pierwsze kółko ostro dało w kość to drugie dobiło na maksa. Przy wejściach co jakiś czas musiałem stawać by uspokoić tętno. Dodatkowo pod górki łapały mnie skurcze mięśni i parę razy musiałem je masować . Musiało być grubo bo do tej pory nigdy tego nie miałem. Zbiegi paliły kolejne grupy mięśni ale ciągle parłem do przodu.

W 3 pkt odżywczym uświadomili mnie, że limit to 10 godzin więc wyszło mi, że szanse są.

Przed finalną „prostą” (1,4 km podejście pod wyciąg) pojawiłem się z zapasem około 50 min do limitu. Ruszyłem i tutaj rzeczywiście było już piekło w najczystszej postaci. Podejścia już nawet nie po 100 m i chwila na złapanie oddechu. Błoto ściągające nóżki w dół. Najprzyjemniejsze rozczarowanie zaś przeżyłem kiedy wyciągnąwszy się stalową linką (dla ułatwienia była na końcu  ścieżki) zobaczyłem c.d. – łączkę nartostrady. O kurde… Co powiedziałem i pomyślałem o ludziach, którzy zrobili ten bieg to moje 🙂

Piekło Czantorii
Ostatnia prosta, yyy znaczy górka

Przed samą metą pojawił się jeden z organizatorów dopingując mnie by się nie poddawać bo już prawie koniec czasu. Sił starczyło mi by iść, a nie stawać (chociaż czułem coraz mocniejsze skurcze mięśni).

Zwycięstwo! Po naprawdę ciężkiej walce ze swoimi słabościami i limitem czasowym rzutem na taśmę udało mi się osiągnąć metę w czasie 10:01:16. Na trasie maratonu byłem ostatnim sklasyfikowanym zawodnikiem (43), niemniej dotarcie na metę i tak uważam za swój spory sukces. W tak trudnym biegu jeszcze nie miałem okazji jeszcze uczestniczyć.

Celebracji żadnej na górze nie było. Organizatorzy zbierali sprzęt, ja szybko pobrałem przydziałowe piwo i poleciałem na kurs wyciągiem w dół. Szczęśliwie się na niego załapałem bo wyłączali go około 15:30 i chwila dłużej a bym dreptał w dół z buta.

W dolnej stacji wyciągu, czekała na mnie rodzinka. Zjadłem trochę makaronu z warzywami, szybkie przebranie i pozostało wracać do domu.

Podsumowując. Nazwa biegu dobrze oddaje to co czeka biegaczy na trasie i zdobycie tego 1 pkt UTMB odczytuję jako sporo trudniejsze niż np. 130 km Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. Jak napisałem na początku – nie zawsze warto planować po najmniejszej linii oporu, bo może wyjść trochę inaczej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *