Archiwa tagu: maraton

Supermaraton Gór Stołowych – 01/07/2017

Supermaraton Gor Stolowych

Supermaraton Gór Stołowych – 01/07/2017

Supermaraton miał być takim moim biegiem na poprawę humoru 🙂 po nieudanych losowaniu na Bieg Ultra Granią Tatr. Całkiem fajny dystans, blisko mnie więc odpada skomplikowane logistyka. Nie myślałem długo tylko szybciutko się zapisałem i pozostało szlifować formę 🙂
Z tym szlifowanie to wyszło coś słabo ale nie uprzedzajmy faktów 🙂

Zapisy na bieg jak i wszelkie informacje o nim można znaleźć na oficjalnej stronie wydarzenia:

Supermaraton Gór Stołowych

Sporo informacji podają również organizatorzy na swoim FB więc ciężko cokolwiek pomieszać, zapomnieć.

Czas płynął … a przygotowania szły słabo. A to problemy zdrowotne, a to kiepski trening. Dość powiedzieć, że w 2017 r.  tylko dwa razy przebiegłem dystans 20 km (z czego raz po górach). Co gorsza krótsze biegi też były niezbyt często. Im bliżej było do SGS tym większy czułem niepokój. Cóż, nie jestem jednak osobą, która poddaje się bez walki (przynajmniej w bieganiu :)) więc bieg był aktualny.

Dzień przed startem udałem się z moją Małżonką do Pasterki by odebrać pakiet. Sporo było już ludzi na miejscu ale obsługa sprawna i miła. Wszystko migiem załatwiliśmy.
Sam pakiet natomiast więcej niż rozczarowuje. Były w nim… 3 ulotki innych biegów, mapa trasy, żel i baton energetyczny. Yyyy… no jak na wydaną kasę trochę ubogo. Tym bardziej, że cenowo zawody nie odbiegały od innych ultra (nawet trochę dłuższych). Tutaj minus dla organizatorów.

SGS 2017 Pasterka
Pasterka – ale napis można odnieść do wielu gór. Coś w sobie mają, że chce się w nie wracać

Niedzielny poranek to już standardowe przygotowania. Pobudka, sprawdzenie sprzętu i ubieranie się w startowy strój.
Ponieważ w dzień biegu nie dało się dojechać autem na start to czekał mnie około 2,5 km spacerek z sąsiedniej miejscowości. Jednym słowem taka rozgrzewka przez właściwym wysiłkiem 🙂 Ultrasów szło sporo, nie można było się zgubić.
Na miejsce przybyłem nawet sporo wcześniej, ale dołożywszy postój w kolejce do kibelka, czas był ok. Spiker ubarwiał pozostałe minuty różnymi gadkami, więc 20 min czekania poszło szybciutko, ostatnie rozciągnięcie, poprawa butów i poszli 🙂

SGS 2017 Start biegu
Widoczek na Start

Ilość ludzi startujących w SGS dość spora, chociaż z tego co widziałem wolne pakiety były aż do końca. Oznaczało to, iż etap do pierwszego punktu odżywczego nie pozwalał na żadne szaleństwa. Było za ciasno na trasie by wyprzedzać, przyśpieszać. W mojej części peletonu wszyscy spokojnie przesuwali się do przodu. Nawet trafiłem z tempem i nie męczyło mnie to.
Po pierwszym wodopoju poszło już sprawniej. Ludzi gdzieś ubyło, rozciągnęła się stawka. Tu biegłem już raczej sam, od czasu do czasu widząc biegaczy z przodu, czy tyłu.

Mały przerywnik o pkt. odżywczych i trasie. Jadłodajnie były tam gdzie powinny (dla mnie to ważne, nic tak nie boli jak wyliczyć sobie, że punkt powinien być a jest do niego dodatkowe 2 km :)). Wyposażone w wodę, izo (od 3 czy 4 w colę). Do zjedzenia arbuzy, pomarańcze, rodzynki, orzeszki i żelki. Obsługa miła i życzliwa.
Trasa bardzo dobrze oznaczona. Wstążki, tabliczki, malunki na ziemi. Ciężko się zgubić i to doceniam.

Jakoś po 20 kilometrze (no może bliżej 30) moje bieganie zakończyło się. Wyszły braki przygotowania i więcej zacząłem iść niż biec. Utrudnieniem była na pewno trudna, techniczna trasa, Strome podejścia wiadomo spacerkiem, ale i zbiegi były trudne. Duże nachylenie, kamienie, korzenie, błoto. Niestety biegacz mojej klasy nie mógł tu za wiele nadrobić i w dół szło też wolno.
Bliżej Błędnych Skał wystąpiła nietypowa jak na tą imprezę sytuacja (podobno pierwszy raz) czyli mocny deszcz 🙂 Dodatkowo utrudniło i zwolniło to nijaki bieg.
Braki kondycyjne + trasa, zaczęły skutkować skurczami mięśni (podobnie jak na Piekle Czantorii). Co mocniej spiąłem nogę to czułem, że moment i mnie złapie mega skurcz łydek. Z tego powodu od czasu do czasu próbowałem rozruszać mięśnie lekkim masażem no i zmiennością ruchu. Jakoś to szło ale moment katastrofy był blisko 🙂

45 km, blisko już do końca. W tym momencie zacząłem mieć stres czy nie będzie to pierwszy bieg, którego nie ukończę. Na punkcie przy Błędnych Skałach zameldowałem się jakieś 10-15 min po terminie. Składali się już powoli ale mata pomiarowa chodziła. Uff… Szybka cola i napieram dalej. Za mną już ostatki stawki więc starałem się rywalizować chociaż z tymi z tyłu. Czułem, że ktoś zwiększa tempo, bo stukot butów coraz bliżej. Niestety dziewczyna wyprzedziła mnie i szybko znikła z horyzontu. Za mną (w zasięgu wzroku) pozostał zawodnik z kijkami. Zmęczony chyba jak i ja bo mimo, że tylko szedłem nie dał rady mnie dojść.
Do walki zerwał się przed samym Szczelińcem. Na asfalcie ruszył do biegu i nawet mnie wyprzedził mimo, że i ja starałem się podbiegać. Jednak to był już jego finalny zryw. Przed schodami zaczął sobie szykować kijki i tu wyszedłem na prowadzenie. Niesiony wizją klęski (3 min do limitu) i dopingiem schodzących z góry ostro ciągnąłem do mety. Ostatnie metry, próba niezgrabnego biegu (jeszcze z 10 metrów i by mnie skurcze rozwaliły) ale dałem radę. Ufff….  Tego z tyłu wyprzedziłem o jakieś 40 sekund.

SGS 2017
Prawie koniec. Jeszcze tylko 665 schodów na Szczeliniec. Ale jak fajnie, że są moi kibice.

Dobiegłem na pozycji 383 (3 osoby jeszcze za mną się zmieściły w czasie). Wynik 09:06:05 netto. M40-135.

Wielkiej celebracji nie było. Wziąłem medal, zjadłem kilka pomarańczy (na mecie było do jedzenia tylko to co na punktach trasowych), rozmasowałem sobie solidnie łydki, fotka gór ze szczytu i można było schodzić w dół do rodziny.

SGS 2017 Meta
Widoki na Góry Stołowe z mety

Cóż. Bieg ciężki. Ciężki dodatkowo na moje życzenie bo zrobiłem go raczej siłą woli niż treningiem. Mam złe przeczucie, że kilka następnych zawodów będzie wyglądać podobnie – czasu już do nich mało i wiele nie nawojuję. Poddawać się jednak nie można, zobaczymy jak to będzie.

 Czy SGS polecam innym? Hmm… ogólnie tak. Sportowo bieg dobrze zorganizowany. Trasa ciekawa mimo, że ciężka. Jeśli jednak lubicie pamiątki (pakiety) to będzie słabo. Raczej impreza nie dla Was.

 

34 PKO Wrocław Maraton (11/09/2016) – Relacja

34 PKO Wrocław Maraton

34 PKO Wrocław Maraton (11/09/2016) – Relacja

Wrocławski maraton w mojej biegowej historii raczej nie zapisał się do tej pory jako bieg życia. Wynik zawsze osiągałem w nim słaby, warunki na trasie były ciężkie (a to padał deszcz, a to spora wilgoć i ciepło). No szału nie było. Czuję, iż edycję 2016 odpuściłbym, ale jak to u gadżeciarzy skusiła mnie wizja patery jaką dostanę gdy pokonam 2 x Wrocław Półmaraton + 2 z Wrocław Maraton.
Dodatkowo w tym roku, po w miarę dobrym okresie treningowym, miałem nieśmiałe zakusy na pierwsze złamanie 4 godzin. Ostatnie treningi w Oleśnicy (w podobnych temperaturach), dawały mi wprawdzie sygnał, że chyba to się nie uda, ale życie zweryfikowało moje możliwości jeszcze dobitniej. A było to tak 🙂

Część dotyczącą zapisów, opłat trochę skracam bo podobne wszystko jak przy Nocnym Półmaratonie.

Zapisy na maraton wystartowały dość wcześnie. Rejestracja przez DataSport, strona maratonu i facebook prowadzone dobrze (częste aktualizacje, sporo informacji). Zwyczajowo opłaciłem bieg w pierwszym terminie, bo po co przepłacać.

Podobnie jak przy poprzednich edycjach odbiór pakietów ruszył w piątek i sobotę więc dla spokoju ducha podjechaliśmy z rodzinką dzień przed biegiem. Ludzi sporo ale dało się zaparkować w okolicy i kolejek „do kas” 😉 nie było. Wolontariusze sprawnie sprawdzili tożsamość, wydali co trzeba i można było pooglądać stoiska expo. Zwyczajowo podobało mi się wszystko oprócz cen, więc nie kupiłem sobie nic 🙂 No może dłużej debatowałem nad książką Skarżyńskiego o treningu maratońskim, gdyż był na stoisku z nią sam autor i kusiła mnie wizja, że może mi ją podpisze. Finalnie jednak dałem spokój i można było wracać do domu.

Pakiet startowy znośny – numer, agrafki, chrupki, piwo bezalkoholowe, jakieś ulotki no i koszulka 4F. Wygląda na solidną ale mogła by być bardziej żywa kolorystycznie (w znaczeniu posiadania jakiejś fajnej grafiki a nie tylko napisów).

Niedzielny poranek to wiadomo wyjazd na miejsce zawodów. Organizatorzy, oznaczyli miasto całkiem dobrze. Tablice gdzie są parkingi znajdowały się już od rogatek miasta, na samej trasie też było sporo banerów, informacji. Szybko trochę za to chcieli zablokować drogę, bo o 07:40 już przegrodzono trasę, którą miałem chęć dojechać na miejsce parkingowe. Szczęśliwie, pas do skrętu w lewo był wolny i wszyscy kierowcy jechali z niego prosto (wiem, nie popieram łamania przepisów ale kogoś poniosło blokować główną drogę o takiej godzinie – tym bardziej, że na tym kawałku ulicy maratończycy mogli się pojawić najwcześniej około 10:00 – 11:00).

Cóż zaparkowałem gdzie chciałem i poszliśmy z Żoną na start (ona biegła w biegu rodzinnym 2 km). Ludzie już się kręcili po okolicy, rozgrzewali. Ze spraw przyziemnych na plus zaliczam sporą ilość toalet, nie stało się w mega kolejkach (no chyba, że ktoś 10-20 min przed biegiem wpadł na pomysł by skorzystać).
Trochę pospacerowaliśmy, spotkałem wujka (też biega mimo 60-ki na karku, szacun), dokonało się parę zdjęć i zacząłem rozgrzewkę. Gdy już byłem gotów, pozostało stanąć w strefie startowej i czekać.

34 PKO Wrocław Maraton
34 PKO Wrocław Maraton – widok na start

Odliczanie i kolejne strefy ruszyły. Ludzi na maratonie było mniej niż na połówce i tym razem oczekiwanie na bieg nie było tak długie. Chwilka spaceru no i bieg.

Od razu po starcie czuło się, że pogoda niestety da wycisk. Piękne słońce zwiastowało upały i tak było. Temperatura rosła momentalnie. W mieście wiadomo, betonowa dżungla to i stopni jeszcze więcej. W którymś momencie, na trasie, widziałem termometry, które pokazywały 30 stopni w powietrzu i 40 przy asfalcie (niektórzy w necie dali foty na których jest 50 🙁 ) Hardcore.

Punkty odżywcze na trasie były zorganizowane co około 2,5 km. Na wszystkich wlewałem w siebie co się dało (woda, izotonik). Cukry uzupełniałem bananami i kostkami cukru. Korzystałem też z wody do odświeżania obficie lejąc po sobie i mocząc czapkę. Gdyby nie to, pewnie przyszłoby polec od razu. Obsługa punktów była bdb, nic nie brakowało na nich (no może z wyjątkiem żeli bo dla mojej grupy tempowej już ich na stołach nie było).

Biegnąc starałem się trzymać założonych temp – bieg po około 05:25-05:40 min/km. Do 18 km udawało mi się to całkiem dobrze ale później nastąpiła katastrofa. Momentalnie, jakby ktoś mnie nożem podciął – 19 km = 06:37, 20 km = 06:22 a  po połówce jeszcze gorzej. Nie dałem rady biec i zacząłem iść (czasy po około 07:30-09:00). Niestety nie udało mi się ogarnąć już do końca i praktycznie całość szedłem, z momentami podbiegów.
Masakra. W pewnym momencie miałem takiego doła, że zacząłem pierwszy raz w karierze myśleć, że po co mi to i może zejść z trasy. Taa… problem tylko taki, że nie miałem telefonu, pieniędzy, miasto stało w korku to po co. I tak bym musiał dojść na metę. Szedłem więc dalej.  Od 37 km trasa prowadziła troszkę w cieniu i tu nieznacznie przyśpieszyłem (bliżej 07:30, ale oczywiście i tak więcej szedłem).

34 PKO Wrocław Maraton
34 PKO Wrocław Maraton – druga połowa dystansu

Po tej tragicznej walce na mecie zameldowałem się w czasie – 04:54:56. Miejsce Open – 3133, w kategorii M40 – 899.

Porażka na całego. Najbardziej z tego wszystkiego to mi było Żony szkoda, że musiała przy mecie czekać tyle czasu.

Koniec biegu to wręczenie medalu. Później biegacze przesuwali się powoli do przodu zbierając pamiątki 🙂 Chłodzący ręcznik, folię NRC, banany, wodę, izotoniki by finalnie dojść do strefy bufetowej gdzie serwowano makarony i herbatę. Dobre, ale niestety nie miałem w ogóle apetytu. Przed oczami za to miałem loda Frugo i zimną colę 🙂
Trochę zawiodłem się, bo niezbyt dało się wrócić tą samą trasą. Miałem chęć na jeszcze jeden izotonik ale barierki i porządkowi zniechęcali do spaceru pod prąd. No szkoda.
Sporo ludzi odpoczywało w cieniu na trawie, ja jednak miałem Wrocławia dość i szybko zawinęliśmy się do auta jadąc do domu.

Finalnie. Od strony organizacyjnej impreza na pewno udana. Nie widziałem żadnych znaczących pomyłek, niedociągnięć. Na ten moment mogę stwierdzić, że w przyszłym roku pewnie jeszcze wystartuję bo skoro mam już te 2 medale, to na paterę uskładam kolejne, ale później z maratonem Wrocławskim dam sobie spokój. Jednak co roku ciągle coś mi nie pasowało na nim (z przyczyn niezależnych od organizatorów) to po co się męczyć.

15 Maraton Jelcz Laskowice – 01/05/2016

Logo maratonu JL

15 Maraton Jelcz Laskowice – 01/05/2016 (11 Memoriał Barbary Szlachetki)

Idea wystartowania w drugim maratonie, w przeciągu 7 dni, narodziła mi się dość przypadkowo i z perspektywy czasu zbyt rozsądna nie była. Czułem to sam ale motywowałem swoją chęć na dwa sposoby. Pierwszy, bardziej poważny to odbycie długiego biegu w stanie lekkiego zmęczenia (trening przed ultramaratonem), a powód bardziej żartobliwy to chęć wygrania pralki (która byłą jedną z nagród w tym biegu). Dodatkowo bieg wydawał mi się ciekawy z racji tego, że to zawody o dość długiej tradycji, a i w miejscowości bliskiej mi zawodowo.
W każdym razie zapisałem się sporo wcześniej, opłaciłem i plan był dobiec do mety nie (dużo) gorzej niż w Warszawie.

Zwyczajowo już (jak na obecne czasy) większość informacji o biegu zamieszczana była na jego oficjalnej stronie:

http://www.maraton-jelcz-laskowice.pl/

Wydaje mi się, że podano je w sposób dostatecznie jasny, ja bowiem nie miałem problemów by się zapisać, zapłacić czy odnaleźć już na miejscu.
By nie tracić czasu w niedzielę, po odbiór pakietów udałem się z moją małżonką dzień wcześniej – w sobotę. Mieliśmy ze sobą dodatkowo upoważnienia na odbiór pakietów dla kolejnych, dwóch zawodników (taki mały rodzinny najazd na Jelcz – w maratonie biegliśmy ja i Michał, moja żona wraz z kolejnym siostrzeńcem na 10 km. Dodatkowo na 10 km startował również mój wujek wiec było nas jak mrówek :)).
Pakiety wzięliśmy bez problemów, upoważnienia jakoś przesadnie dokładnie kontrolowane nie były.

Cena za start w Jelczu Laskowicach nie była wygórowana. Dość długo startowe kosztowało 40 zł, a pakiet dawano całkiem fajny. Koszulka, ręczniczek, izotonik i baton. Wszystko dobrej jakości  – ja jestem zadowolony.

Po wszystkich tych atrakcjach, pozostało więc oczekiwać na start.

Spory dylemat miałem co do stroju biegowego bo z jednej strony prognozy zapowiadały temperatury do 10 stopni, z drugiej pogoda w sobotę zwiastowała raczej słońce. Po namyśle wybrałem opcję na krótko co okazało się bardzo dobrym wyborem. Było wietrznie ale gorąco. Słońce na asfaltowej trasie grzało solidnie i w innym ubiorze było by po prostu za gorąco.
W maratonie pobiegłem więc w butach i spodenkach tych samych co w Warszawie. Koszulkę wziąłem Kalenji (w klubowych barwach USKS Ludwikowice Kł.) Jedyną niezapowiedzianą zmianą (na ostatni moment) okazały się skarpetki. Moje białe kompresyjne skarpety z Lidla okazały się bowiem … podrzeć. Nie zwróciłem na to uwagi bo ostatnim biegu ale gdy uprane wyjąłem z półki to miały solidne dziury na stopach 🙁 Szkoda, spróbuję je pociąć i zrobić z nich same opaski kompresyjne na  łydkę, a tymczasem założyłem podobne ale czarne (też z Lidla ale z jakiegoś późniejszego wypustu).

Do Jelcza dotarliśmy sporo za szybko (bo prawie godzinę przed biegiem). Spokojnie zaparkowaliśmy przy Ośrodku Sportu i Rekreacji, poczekaliśmy na resztę rodzinki no i udaliśmy się w okolice startu.

Biegacze zbierali się powoli, speaker umilał czas opowieściami by przyszło w końcu robić rozgrzewkę i ustawiać się na linii.

Przed startem w maratonie J-L

Razem odbywał się start biegów na 10 km, półmaratonu i maratonu. Nie pchałem się zbytnio do przodu ale w sumie i tak stanąłem sporo przed balonikami na 04:00.

Chwila oczekiwania i start.

Planu na ten bieg raczej nie miałem. Uznałem, że zastosuję strategię z Orlenu czyli cisnąć a później się zobaczy.
Bliskość zawodników na 10 i 21 km powodowała, że cisnąłem chyba nawet za szybko. Kilometry wchodziły po około 05:20 (do 20 km). Od 20 do około 30 km po około 05:30-06:00. Po 30 km zaczął mi się mega kryzys. Zwolniłem znacząco a od punktu odżywczego na około 33 km zaliczyłem zgon formy. Praktycznie w każdym kilometrze szedłem (czasy 07:00-08:00 min/km). Spowodowało to, że do mety dotarłem w 04:20:21. W klasyfikacji generalnej zająłem 136 miejsce.

Na trasie J-LZawiedziony byłem tym wynikiem ale po analizie uznaję, że wcale nie poszło tak źle. Trasa biegu była bardziej wymagająca. Na każdym z 4 kółek były 2 wiadukty (czyli podbiegi). Dodatkowo biegło się w większości po odkrytym terenie a wiało dość mocno. Zwłaszcza od 3 kółka, gdy na trasie zrobiło się już pusto czuło się stopowanie przez wiatr. Swoje na pewno dołożyła też pogoda – jak pisałem wcześniej grzało słońce.
Jako ciekawostkę powiem, że Michała (sporo lepszy ode mnie) miałem w zasięgu wzroku.  Na nawrocie na tzw. torze prób odległość między nami wynosiła około 1 km. Mówił już po biegu, że napędziłem mu sporego strachu gdy na ostatnim kółku mnie zobaczył 🙂 Niestety jemu udało się wtedy przyśpieszyć a ja zwalniałem. No szkoda, szkoda. On dobiegł w około 4 godziny, mi zabrakło tej pary na ostatnie 5 km 🙂

Finish w maratonie

Po biegu wręczono medale, wodę. Można było zjeść ciastko, banana i udać się na ciepły posiłek do szkolnej stołówki. Dawali makaron z mięsem ale słabo mi wchodził bo na trasie sporo piłem i czułem się pełny.
Skoro już o piciu. Punkty odżywcze na trasie były 4 (jak dobrze liczę) i były na nich woda, izotoniki a z rzeczy jadalnych banany i czekolada. Małym zgrzytem okazał się punkt nr. 4 na którym to w pewnym momencie zabrakło kubków. Szczęśliwie kolejny był za około 2 km i dobiegłem. Później już kubeczki mieli.

Ponieważ do momentu dekoracji i losowań nagród było jeszcze sporo czasu udałem się na miejską pływalnię by w spokoju się odświeżyć i przebrać. Darmowy wstęp był w pakiecie, co było fajnym bonusem. Nie wziąłem niestety kąpielówek więc był tylko prysznic a basenowanie odpuściłem.

Bieg ogólnie można powiedzieć, że udany pod względem sportowym. Żona ma dobiegła w swoim tempie do mety. Piotrek wycisnął około 53 min (trochę mniej). Wujek niecałe 58. Michał zaś swoim niezbyt powalającym wynikiem 🙂 wygrał kategorię wiekową, za co jednak należą mu się brawa 🙂

W losowaniu szczęścia niestety nie miał nikt z naszej grupki pozostało więc zebrać się i jechać do domu.

Podsumowując, imprezę w Jelczu uznaję za udaną. Lokalne biegi wcale nie są gorsze niż duże maratony i warto pobiegać też „u siebie”.

Orlen Warsaw Marathon 2016 – relacja

Logo OMW

Orlen Warsaw Marathon 2016 – relacja

Tegoroczny, czwarty już OWM był dla mnie biegiem z wielu względów szczególnym. Po pierwsze otwierał on mój sezon startowy w 2016r, po drugie miał pokazać czy przygotowania do DFBG (Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich) idą w dobrą stronę. Finalnie liczyłem na mały „rewanż” co do królewskiego dystansu maratonu, który do tej pory zawsze mnie pokonywał.
Przygotowania (trening) w sumie zrobiłem solidny, w porównaniu do poprzednich lat, ale niepewność jest zawsze. Zastosowałem się jednak do motywującego cytatu, który mi się bardzo podoba

Zrób to zanim będziesz gotów, gdyż nigdy nie będziesz gotów jeśli będziesz czekać.
Les Brown

Jak wyszło opiszę poniżej.

OWM jest biegiem stosunkowo młodym ale od początku robionym ze sporym rozmachem i zachowaniem dużej dbałości o szczegóły (obsługi zawodnika, trasy itp). Z tego powodu chwali go naprawdę dużo biegaczy.
Ja również rok po roku mam o nim dobre zdanie. Do tej pory biegłem w jego trzech edycjach, opuszczając tylko pierwszy maraton (nie wiedziałem o nim wtedy :)). Na wszystkich tych trzech edycjach nie miałem się w sumie do czego przyczepić.

Zapisy, wybór płatności jak i i szczegółowe informacje o biegu zawarte są na oficjalnej stronie maratonu.

https://www.orlenmarathon.pl/

Dodatkowo organizator często zamieszcza newsy, przypomnienia na różnych stronach związanych z bieganiem.
Według mnie wszystko jest czytelne i nie ma problemu ze znalezieniem potrzebnych informacji. Gdyby jednak ktoś miał jednak jakieś problemy, kontakt z organizatorami działa (w poprzedniej edycji wysyłałem zapytanie o kilka spraw i otrzymałem pomoc w ich rozwiązaniu).
W tegorocznej edycji ciekawą sprawą była możliwość wybrania jaki rodzaj pakietu startowego chcemy – pełny (z gadżetami) czy ekonomiczny (sam numer). Początkowo planowałem wziąć wersję eco, ale organizator podał fajne ceny dla osób, które już parę razy biegły i skusiłem się na „all inclusive”. Dodatki wraz z Orlenem firmuje Asics są więc dobrej jakości i warto je mieć. W tym roku może aż takiego szału ilościowego nie było, ale koszulka, frotki na rękę, izotonic + kupony zniżkowe (na sprzęt sportowy i paliwo) w cenie 69 zł dalej dają radę 🙂

Odbiory pakietów, expo, start i meta całej imprezy umieszczone są w pobliżu Stadionu Narodowego. Układ miasteczka biegacza jest taki sam we wszystkich edycjach (w których uczestniczyłem) nie miałem więc żadnego problemu z odnalezieniem się. Wszystko jest opisane czytelnie więc i osoby całkiem nowe nie powinny mieć kłopotów z załatwieniem formalności.
Po pakiety przybyłem w sobotę około 12:00. Mnogość stanowisk do ich wydawania spowodowała, że wszystko poszło błyskawicznie. Odebrałem co trzeba, pokręciliśmy się z Żoną i rodzicami (bo przy okazji maratonu zrobiliśmy rodzinną wycieczkę do Warszawy) po expo. Fajne rzeczy prezentowali wystawcy ale raczej nie w moich cenach 🙂 Nie kupiłem nic, za to zrobiłem sobie pamiątkową fotkę (poniżej) + kilka głupich zdjęć w foto-budce na jednym ze stanowisk.

OWM 2016

Niedziela to już dzień typowo biegowy. Wstałem raniutko o 06:00, zjadłem lekkie śniadanie, przygotowanie ciuchów (z domu wyszedłem już w tym co chciałem biec) no i można było ruszać. Fajną sprawą był darmowy transport dla biegaczy. Metro szybko zawiozło mnie na miejsce, można było oddać ciuchy do depozytu i czekać na start.

OMW 2016

Niedziela pod względem pogody była dobra na start. Zimno (około 10 stopni) ale nie padało. Gdyby nie wiejący momentami mocny wiatr byłoby idealnie.

Po testach, namysłach finalnie (gdyby kogoś interesowało) zdecydowałem się na taki zestaw biegowy:
koszulka Nike Pro Combat (Dri Fit Compression) z długim rękawem, legginsy kompresyjne 3/4 z Lidla, skarpetki kompresyjne z Lidla. Bieliznę wziąłem bezszwową z Biedronki (fajna, nie obciera) a buty to testowane ostatnio Adidasy Galactic Elite M. Miałem jeszcze wiatrówkę z Aldi (ale ją zostawiłem w depozycie by mieć coś suchego po biegu).

Przed startem było jednak zimno więc jak większość biegaczy stałem w hali przebieralni. Wyszedłem z niej około 08:07 i postanowiłem skorzystać z toalety. Było ich mnóstwo ale … chyba za późno wpadłem na ten pomysł. Do wszystkich stały wielkie kolejki. Wyczekałem chyba do 08:30 i odpuściłem. Jak wielu dokonałem co trzeba w krzaczkach pod stadionem 😉

Ponieważ do strefy dotarłem późno to nie miałem przynajmniej czasu się stresować. Chwilę jeszcze się porozciągałem (wcześniej robiłem to czekając do ubikacji :)) no i można było startować.

Jak to zwykle przy takiej ilości ludzi ruszyło się powoli, chwilę truchtało, chwilę szło. Za właściwym jednak startem było już ok i dało się biec swoim tempem.
No właśnie… tu jest zawsze problem bo na początku (przy swoim pierwszym Orlenie) zapisałem się do strefy 3:45-04:00 i przez swoje lenistwo nigdy tego nie zmieniłem. Powoduje to, że większość biegnie szybciej niż planuję i psuje mi to plany. By chociaż trochę temu zapobiec stanąłem w tym roku na samym końcu strefy, bliżej 04:00.

Tegoroczny maraton zaskoczył mnie trochę zmianami na trasie. Startowało się w drugą stronę, Do 21 km inaczej też prowadziła trasa. Plusem tego był fakt, że mogłem pooglądać inny kawałek Warszawy.  Szkoda trochę, że w Polsce nie ma mega dopingu kibiców. Poza grającymi zespołami większość osób to przechodnie czekający, by przelecieć przez trasę biegu na drugą stronę jezdni. Na Starówce rano było w sumie pusto…smutno trochę.
Od połowy biegu trasa prowadziła znanymi mi już okolicami. Niestety dość nudnymi (jakieś podwarszawskie okolice) by dopiero przy około 30 km znów wrócić do miasta. Odcinek „pozamiejski” w tym roku dokładał do trudności fakt, że mocno wiał tam wiatr co powodowało zimno i zwolnienie biegu.
Sama trasa Orlenu jest raczej przyjazna biegaczom. Podbiegi są niewielkie, w większości jest płasko i można myśleć o życiówkach.
Punkty żywieniowe na tym maratonie są co około 2,5 km i oferują wodę, izotoniki, banany i czekoladę. By nie zaszkodzić sobie, sumiennie piłem na wszystkich punktach wodę. Na tych z prowiantem jadłem banany i z raz, dwa chyba czekoladę. Wystarczyło, nie musiałem dźwigać żeli itp.

Przechodząc finalnie do sedna sprawy czyli samego biegu 🙂
Plan miałem taki by biec spokojnie tempem około 06:00-06:30 (tak jak na treningach 30 km jakie zrobiłem). Chciałem przede wszystkim cały czas biec a nie skupiać się na czasie.
Już po ruszeniu plan ten zaczął mi się lekko modyfikować. Pierwsze kilometry zrobiłem sporo szybciej (bliżej 05:45-05:50). Biegło się dobrze i zacząłem dumać, że może jednak spróbuję tym tempem. W końcu bieg jest płaski, pogoda dobra. Na maratonie w Jelczu Laskowicach (01/05 :)) będę pewnie już bardziej zmęczony (bo w sumie tylko tydzień odstępu) więc jeśli atakować to tylko teraz.
No i leciałem. Odcinki cały czas po około 05:30-05:45. W głowie ciągle myśl, że za szybko! ale utrzymuję. Mija 10 km jest ok. Nogi nie bolą, oddech ciągle spokojny. Cisnę więc dalej. 20 km i pierwsze obawy czy dam radę. Ale daję. Cały czas tempem około 05:45. Po 30 dalej było ok, chociaż mięśnie nóg już trochę czułem. Ponieważ dalej oddech miałem stabilny (na tym się skupiałem szacując ciągle w miarę niskie tętno i  zasób sił) to starałem się nie zwalniać. Od około 35 km miałem już lekki kryzys. Na punktach żywieniowych wcześniej biegłem wolniej, tutaj przez czas potrzebny do wypicia wody czy zjedzenia szedłem. Niemniej między nimi ciągle bieg. Nieplanowany marsz przez około 1 min miałem dopiero w okolicy 40 km. Po nim zerwałem się jednak do biegu i już do mety wolniej bo wolniej ale biegłem.
OWM 2016

Super jak na mnie! W końcu maraton biegiem! Na metę dotarłem po 04:09:14. Średnie tempo miałem dość równe – spokojniejszy początek i wolniejsza końcówka to około 05:50 min/km, środek to około 05:40. Zacnie 🙂

OWM 2016

Po biegu, dekoracja medalem, dostałem folię przeciw wychłodzeniu. Poszedłem pochwalić się rodzince wynikiem, no a później prysznic i jedzenie. Do prysznica trzeba było chwilę poczekać ale woda była ciepła więc ok. Jedzenie bardzo dobre – wziąłem kuskus z warzywami, na drogę parę 0% Radlerów i można było wracać.
Ponieważ nie czekałem na dekoracje i losowanie nagród, ze Stolicy udało nam się wyjechać przed korkami.

OWM 2016

Weekend uznaję za bardzo udany. Pod względem organizacyjnym i sportowym maraton mnie nie rozczarował. Myślę, że za rok przyjdzie pobiec jeszcze raz.

Kończąc ten długi opis podam jeszcze takie ciekawostki:
– buty sprawiły się dobrze. Biegło mi się w nich ok. Obtarłem sobie wprawdzie najmniejszy palec u prawej nogi, ale w porównaniu do poprzednich maratonów to wielki postęp.
– sfiksował za to mi zegarek. Po około 10 km nagle ześwirował, pokazując, że biegnę 200 km/godz i pokonałem już ze 200 km. Nie wiem o co chodzi 🙁 chyba zgubił GPS ale skąd te dziwne dane??Zgasiłem go i później jak złapał GPS to do końca biegu działał ok. Ale jednak rozjechały mi się oznaczenia kilometrów ze wskazaniami czasomierza. Szkoda.

Pierwszy maraton – jak się przygotować

Pierwszy maraton – jak się przygotować?

Maraton – magiczny dystans dla większości biegaczy. Praktycznie każdy trenujący biegi z czasem czuje potrzebę zmierzenia się z nim. Złamania swoich słabości, udowodnienia, że jest się w stanie. Czy warto? Tu już każdy powinien odpowiedzieć sobie sam. Ja uważam, że tak. Żadne relacje, opowieści nie oddadzą wszystkich tych emocji, odczuć przed, w trakcie i po. Warto pobiec te 42,195 km przynajmniej raz by wiedzieć „jak to smakuje”.
Biegacze na trasie maratonuMaraton nie jest oczywiście najtrudniejszym wyzwaniem dla biegacza (są przecież biegi ultra, 24 godzinne i jeszcze parę innych hardcorów jakie potrafi wymyślić człowiek), niemniej dla przeciętnego truchtacza przygotowanie się do niego i samo przebiegnięcie jest na pewno wyczynem niecodziennym.  Warto więc pewne sprawy poukładać sobie by bieg nie był męką.

Tematów o tym jak biec, co przygotować jest w necie sporo ale może i w moim znajdziecie parę przydatnych wskazówek. Zaczynamy więc 🙂

0. Decyzja i trening.
Bieg w maratonie tak naprawdę nie jest aż takim wyzwaniem jak się wydaje. W obecnych czasach limity czasowe na ukończenie go są na tyle duże, że da się osiągnąć metę biegnąc tylko połowę dystansu a drugą idąc szybszym marszem. Daje to pewien komfort – nawet jeśli przydarzy nam się na trasie jakiś spadek formy, kryzys, że nie jesteśmy na przegranej pozycji. Do mety dotrzemy. Absolutnie jednak nie namawiam do stratowania w maratonie bez przygotowania. Satysfakcja z takiego maratonu raczej wielka nie będzie. Dodatkowo, kiedy biegamy np, maksymalnie tylko 5 km – 10 km. nawet to przejście 42 km odczujemy jako wielkie obciążenie dla organizmu. Zmęczenie mięśni, obtarcia, skurcze potrafią mega dać w kość. Jest jeszcze niebezpieczeństwo naprawdę groźnego zaszkodzenia sobie. Nie raz widać na trasie leżących „ambitnych” inaczej. Gdy ktoś zagłusza sygnały organizmu,  przekracza granice wytrzymałości i biegnie mimo braku sił kończy się to z reguły źle. Lepiej czasem odpuścić.
Oczywistym więc jest, iż przed maratonem należy odbyć trening. Jaki? To już zależy od naszej formy wyjściowej, celu (inaczej trenuje się biegnąc na osiągnięcie mety a inaczej np. na złamanie 3 godzin). W internecie są różne fajne plany, warto wybrać i skorzystać. Jak już coś wybierzecie to zobaczycie, że większość trwa 12-15 tygodni  co oznacza przynajmniej taki minimalny czas do przepracowania.

Od strony logistycznej warto na swój wypatrzony maraton zapisać się sporo wcześniej. Nie grozi nam później brak miejsc startowych. Dodatkowo zapisy nawet z pół czy rocznym wyprzedzeniem dają komfort sporo mniejszego wpisowego. Swoje pieniądze warto cenić i szkoda później „przepłacać”.

1. Logistyka przed biegowa.
Maratony z reguły są w większych miastach co wiąże się z konieczności dojechania i zaplanowania pobytu. Jeśli czeka nas przed biegiem długa jazda autem, pociągiem czasem warto wykosztować się na nocleg i przyjechać dzień wcześniej. Zmęczeni długą podróżą na pewno nie pokażemy 100% swoich możliwości.
Warto zorientować się wcześniej (przeglądając np. stronę organizatora) co, kiedy, dlaczego. Większość to sprawy banalne ale zaaferowanie przygotowaniami możemy coś przegapić. Polecam uważać zwłaszcza na:

– dokumenty jakie trzeba mieć ze sobą. Pakietu mogą nam np, nie wydać kiedy nie okażemy dokumentu tożsamośći. Czasami za granicą wymagane są zaświadczenia od lekarza. Jeśli zapłaciliśmy za bieg w ostatniej chwili lepiej wziąść wydrukowane potwierdzenie płatności. Organizatorzy nie zawsze aktualizują te dane i może się okazać, że płaciliśmy ale oni o tym nie wiedzą.

– czas i miejsce biegu. Oczywiste ale można się spóźnić i cały trud długiego treningu na marne. Lepiej przyjechać 2 godziny za wcześnie niż 10 minut za późno (w okolicy biegu często są pozamykane ulice, policja nie puszcza co dodatkowo wydłuża czas dojazdu). Dobrze mieć nawigację lub mapę by w ogóle trafić tam gdzie chcemy. W skrajnych przypadkach miejsce zapisów/wydawania pakietów jest gdzie indziej niż start, Miejcie to na uwadze aby zdążyć w obie miejscówki.

– odbiór pakietu. Doczytajcie kiedy go można brać. Są zawody, że w dzień biegu już ich nie dają. Trzeba przyjechać dzień wcześniej. Dodatkowo nawet jak dają to na ostatnią chwilę odebranie numeru odkłada naprawdę mnóstwo ludzi. Nic miłego gdy do startu 10 minut a wy stoicie w kilometrowej kolejce 🙂

2. Biegowy look 🙂
O ile trening można odbyć w czymkolwiek na maraton lepiej się przygotować. Źle dobrane buty, koszulka potrafią nieźle zaszkodzić i tak umęczonemu biegaczowi. Generalna zasada – na maratonie nigdy nie testujmy nowości. Nowe buty, skarpetki, bielizna itp. nie sprawdzą się. Biegniemy w tym co mamy przetestowane. Używamy  codziennie na treningach i nas nie obciera czy obciska.
Jeśli na maraton wyjeżdzamy gdzieś dalej i nie ma pewności co do pogody warto zabrać kilka ciuchów – i na cieplejszy dzień i na zimny. Biegnąc odczuwa się temperaturę o około 10 stopni większą niż jest realnie, więc lepiej mieć na sobie mniej niż za dużo.

Możecie o tym nie wiedzieć ale ze swojej strony polecam zaopatrzyć się dodatkowo w plasterki (zwykły plaster, chociaż niektórzy polecają wodoodporne), którymi można zakleić sutki. Na dystansie maratonu spocona koszulka można facetowi zrobić w tych okolicach niezłą tarkę 🙁

3. Chwilę przed/Na trasie – jedzenie, picie, strategia.
Szkoły co robić dzień, tydzień przed maratonem, ile jeść, pić itp. są różne ale według mnie najważniejsze to:

– zakładając, że solidnie trenowaliśmy – ostatni tydzień powinniśmy już lekko odpuścić. Zmniejszyć dystans, nie robić jakichś morderczych jednostek treningowych. Po prostu dać organizmowi odpocząć.

– co i ile jeść to też wg, mnie kwestia każdego z osobna. Generalne reguły mogą się nie sprawdzić ale najważniejsze to nie eksperymentować z nowościami w diecie. No i nie objadać się za wiele. Lekkie śniadanie parę godzin przed biegiem (np. 2 godz) będzie ok. Później już raczej tylko pić i ewentualnie coś lekko strawnego (co wiemy, że nam nie szkodzi),

– w czasie biegu dobrze jest się nawadniać, uzupełniać cukry. To co przygotowali organizatorzy z reguły wystarcza, szkoda brać ze sobą wodę, żele. Uwaga tylko – jeśli nigdy nie pijacie izotoników, jecie żeli energetycznych to na trasie lepiej ich nie brać. Nie wiadomo jak zareaguje żołądek. Woda będzie bezpieczniejsza. Przy okazji – żeli energetycznych nie popija się izotonikiem. To dość „wybuchowa mieszanka”, która może utrudnić bieg (przyśpieszyć go ale do toalety :))

– bardzo ważna w maratonie jest strategia i opanowanie. Biegniemy swoim tempem. Najgorsze co można zrobić to porwać się emocjom, tłumowi i wystartować za ostro. Szybko zmęczymy się, odetnie nas i po biegu. Lepiej zacząć wolniej a z czasem jak będą siły przyspieszać. To jest naprawdę trudne – ja parę razy już przez to zepsułem biegi. Jak są strefy startowe to stańcie w tej w której planujecie biec. Nie pchajcie się do przodu. Przeszkodzicie szybszym i jak pisałem porwani tłumem szybko się wymęczycie. Jeśli stref nie ma to lepiej stanąć z tyłu. Świetne uczucie gdy na trasie będziecie wyprzedzać a nie być ciągle wyprzedzani 🙂

– rozgrzewka. Przed samym maratonem jak i przed treningiem trzeba zrobić rozgrzewkę. Wg. mnie jeśli nie atakujecie rekordów wystarczy nawet coś lekkiego – choćby stacjonarne porozciąganie itp.  Start maratonu na 90% jest bardzo wolny. Truchta się, podchodzi, staje bo robi się na trasie korek 🙂 Rozruszacie się zanim przejdziecie do właściwego biegu.

4. Różności
Pewnie nie o wszystkim napisałem (uzupełnię jak coś mi się przypomni) ale kończąc już wspomnę tylko, że warto być wyspanym, wypoczętym. Impreza w noc przed maratonem to średni pomysł tak jak np, biegnięcie po alkoholu.

Cóż. Przy odrobienie wyobraźni, dobrym treningu pierwszy maraton będzie przeżyciem niezapomnianym – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Powodzenia więc 🙂

Orlen Warsaw Marathon 2015 – czyli biegowy weekend w Warszawie

Orlen Warsaw Marathon 2015 – czyli biegowy weekend w Warszawie

Poza Biegiem Rzeźnika, maraton w Warszawie jest najdłuższym biegiem jaki chcę pokonać w tym roku. Przygotowania do niego przebiegały niejako po drodze do Rzeźnika (nie wykonywałem żadnego specjalnego treningu skupionego na maratonie) – ale liczyłem, że obiegane kilometry w końcu poskutkują dobrym wynikiem na maratonie. Wyszło niezbyt dobrze ale o tym niżej.

Przygotowania do Maratońskiego weekendu nie były trudne.  Bazując na doświadczeniach z zeszłego roku wyjazd, miejsce noclegowe zaplanowałem odpowiednio wcześniej więc było bezstresowo. No może nie całkiem, bo w drodze do Warszawy padła nam nawigacja.
Zakupiona za 8 zł mapa na stacji benzynowej i osoba mojej Żony pozwoliła jednak bezbłędnie trafić na miejsce 🙂

Dzień przed właściwym biegiem był Charytatywny marszobieg Orlenu, w którym to wystartowaliśmy całą czwórką przybyłą do stolicy.

Dystans: 4,905 km
Czas: 00:37:03
Średnie tempo: 7:56 min/km
Średnie tętno: –

Sprzęt: SpoQ SQ100. Buty – Sandic SD1525 🙂

Ponieważ dziewczyny mocy za wiele nie miały to bieg odbył się zgodnie z jego założeniami. Trochę wolnym biegiem, trochę marszem. Ale żonę swoją muszę pochwalić bo przerwy zrobiła może ze 2.
Niemiłą niespodziankę zrobił mi tylko zegarek SpoQ bo zestresował mnie przed samym startem nie reagując na żaden przycisk. Szczęśliwie jednak udało mi się go wyłączyć i po włączeniu działał już ok. Niemniej pod względem elektroniki ten weekend nie był rewelacyjny 🙂

26/04/2015 – Orlen Warsaw Marathon 2015.

Dystans: 42,195 km
Czas: 04:50:09
Średnie tempo: 6:52 min/km
Miejsce w generalce: 6602

Sprzęt: SpoQ SQ100. Buty – Nike LunarSwift +4

Bieg właściwy. Pogoda i warunki wydawały mi się całkiem dobre. Po upalnej sobocie w niedzielę było chłodno i kropił deszcz.
Przed biegiem rozgrzewka no i planowo – START.  Już od razu czułem jednak, że coś nie idzie tak jak powinno.  Startowałem z strefy 3:45-4:00 i to tempo było za szybkie jak dla mnie.  Planowałem biec po około 06:00 min/km (albo troszkę wolniej) a w tej strefie kolejne kilometry wchodziły po 05:40. Stopowałem ile mogłem ale jednak tłum ciągnie za sobą i dalej było za szybko. Zgodnie z przewidywaniami oznaczało to kłopoty.  I tak też było. Poszło jak wszystkie maratony do tej pory. Do połowy miałem siłę a później zaczęło się podchodzenie.
Traciłem kolejne minuty by finalnie doczłapać do mety prawie w 5 godzin.
Kiepsko. Wiem, że słabo zacząłem taktycznie, ale jednak nie sadzę by zwolnienie spowodowało, że dałbym radę przebiec cały dystans. Ciężko mi znaleźć więc przyczynę porażki bo mimo, że nie miałem długich wybiegań (ponad 20 km) to jednak ostatnie miesiące przepracowałem dość sumiennie.
Chyba jednak dystans 42 km jeszcze nie dla mnie 🙂

Od strony logistycznej Maraton muszę pochwalić. Tak jak i poprzedni OWM 2014 tak i ten zorganizowany był w mojej ocenie dobrze. Nie było problemów z trafieniem we właściwe miejsce, wydawanie pakietów szło sprawnie. Oby na wszystkich biegach było tak samo.
Ja żadnych znaczących uchybień w każdym razie nie widziałem. No może poza punktami nawadniania. Na kilku wolontariusze nie nadążali z nalewaniem wody i można było trafić na puste kubeczki. Dla biegacza mojej klasy to nie tragedia (woda była na kolejnych stołach albo nalali za chwilkę) ale jak ktoś walczył o ułamki sekund na pewno nie był zadowolony z takiego spowolnienia.