Archiwa tagu: ultra

Supermaraton Gór Stołowych – 01/07/2017

Supermaraton Gor Stolowych

Supermaraton Gór Stołowych – 01/07/2017

Supermaraton miał być takim moim biegiem na poprawę humoru 🙂 po nieudanych losowaniu na Bieg Ultra Granią Tatr. Całkiem fajny dystans, blisko mnie więc odpada skomplikowane logistyka. Nie myślałem długo tylko szybciutko się zapisałem i pozostało szlifować formę 🙂
Z tym szlifowanie to wyszło coś słabo ale nie uprzedzajmy faktów 🙂

Zapisy na bieg jak i wszelkie informacje o nim można znaleźć na oficjalnej stronie wydarzenia:

Supermaraton Gór Stołowych

Sporo informacji podają również organizatorzy na swoim FB więc ciężko cokolwiek pomieszać, zapomnieć.

Czas płynął … a przygotowania szły słabo. A to problemy zdrowotne, a to kiepski trening. Dość powiedzieć, że w 2017 r.  tylko dwa razy przebiegłem dystans 20 km (z czego raz po górach). Co gorsza krótsze biegi też były niezbyt często. Im bliżej było do SGS tym większy czułem niepokój. Cóż, nie jestem jednak osobą, która poddaje się bez walki (przynajmniej w bieganiu :)) więc bieg był aktualny.

Dzień przed startem udałem się z moją Małżonką do Pasterki by odebrać pakiet. Sporo było już ludzi na miejscu ale obsługa sprawna i miła. Wszystko migiem załatwiliśmy.
Sam pakiet natomiast więcej niż rozczarowuje. Były w nim… 3 ulotki innych biegów, mapa trasy, żel i baton energetyczny. Yyyy… no jak na wydaną kasę trochę ubogo. Tym bardziej, że cenowo zawody nie odbiegały od innych ultra (nawet trochę dłuższych). Tutaj minus dla organizatorów.

SGS 2017 Pasterka
Pasterka – ale napis można odnieść do wielu gór. Coś w sobie mają, że chce się w nie wracać

Niedzielny poranek to już standardowe przygotowania. Pobudka, sprawdzenie sprzętu i ubieranie się w startowy strój.
Ponieważ w dzień biegu nie dało się dojechać autem na start to czekał mnie około 2,5 km spacerek z sąsiedniej miejscowości. Jednym słowem taka rozgrzewka przez właściwym wysiłkiem 🙂 Ultrasów szło sporo, nie można było się zgubić.
Na miejsce przybyłem nawet sporo wcześniej, ale dołożywszy postój w kolejce do kibelka, czas był ok. Spiker ubarwiał pozostałe minuty różnymi gadkami, więc 20 min czekania poszło szybciutko, ostatnie rozciągnięcie, poprawa butów i poszli 🙂

SGS 2017 Start biegu
Widoczek na Start

Ilość ludzi startujących w SGS dość spora, chociaż z tego co widziałem wolne pakiety były aż do końca. Oznaczało to, iż etap do pierwszego punktu odżywczego nie pozwalał na żadne szaleństwa. Było za ciasno na trasie by wyprzedzać, przyśpieszać. W mojej części peletonu wszyscy spokojnie przesuwali się do przodu. Nawet trafiłem z tempem i nie męczyło mnie to.
Po pierwszym wodopoju poszło już sprawniej. Ludzi gdzieś ubyło, rozciągnęła się stawka. Tu biegłem już raczej sam, od czasu do czasu widząc biegaczy z przodu, czy tyłu.

Mały przerywnik o pkt. odżywczych i trasie. Jadłodajnie były tam gdzie powinny (dla mnie to ważne, nic tak nie boli jak wyliczyć sobie, że punkt powinien być a jest do niego dodatkowe 2 km :)). Wyposażone w wodę, izo (od 3 czy 4 w colę). Do zjedzenia arbuzy, pomarańcze, rodzynki, orzeszki i żelki. Obsługa miła i życzliwa.
Trasa bardzo dobrze oznaczona. Wstążki, tabliczki, malunki na ziemi. Ciężko się zgubić i to doceniam.

Jakoś po 20 kilometrze (no może bliżej 30) moje bieganie zakończyło się. Wyszły braki przygotowania i więcej zacząłem iść niż biec. Utrudnieniem była na pewno trudna, techniczna trasa, Strome podejścia wiadomo spacerkiem, ale i zbiegi były trudne. Duże nachylenie, kamienie, korzenie, błoto. Niestety biegacz mojej klasy nie mógł tu za wiele nadrobić i w dół szło też wolno.
Bliżej Błędnych Skał wystąpiła nietypowa jak na tą imprezę sytuacja (podobno pierwszy raz) czyli mocny deszcz 🙂 Dodatkowo utrudniło i zwolniło to nijaki bieg.
Braki kondycyjne + trasa, zaczęły skutkować skurczami mięśni (podobnie jak na Piekle Czantorii). Co mocniej spiąłem nogę to czułem, że moment i mnie złapie mega skurcz łydek. Z tego powodu od czasu do czasu próbowałem rozruszać mięśnie lekkim masażem no i zmiennością ruchu. Jakoś to szło ale moment katastrofy był blisko 🙂

45 km, blisko już do końca. W tym momencie zacząłem mieć stres czy nie będzie to pierwszy bieg, którego nie ukończę. Na punkcie przy Błędnych Skałach zameldowałem się jakieś 10-15 min po terminie. Składali się już powoli ale mata pomiarowa chodziła. Uff… Szybka cola i napieram dalej. Za mną już ostatki stawki więc starałem się rywalizować chociaż z tymi z tyłu. Czułem, że ktoś zwiększa tempo, bo stukot butów coraz bliżej. Niestety dziewczyna wyprzedziła mnie i szybko znikła z horyzontu. Za mną (w zasięgu wzroku) pozostał zawodnik z kijkami. Zmęczony chyba jak i ja bo mimo, że tylko szedłem nie dał rady mnie dojść.
Do walki zerwał się przed samym Szczelińcem. Na asfalcie ruszył do biegu i nawet mnie wyprzedził mimo, że i ja starałem się podbiegać. Jednak to był już jego finalny zryw. Przed schodami zaczął sobie szykować kijki i tu wyszedłem na prowadzenie. Niesiony wizją klęski (3 min do limitu) i dopingiem schodzących z góry ostro ciągnąłem do mety. Ostatnie metry, próba niezgrabnego biegu (jeszcze z 10 metrów i by mnie skurcze rozwaliły) ale dałem radę. Ufff….  Tego z tyłu wyprzedziłem o jakieś 40 sekund.

SGS 2017
Prawie koniec. Jeszcze tylko 665 schodów na Szczeliniec. Ale jak fajnie, że są moi kibice.

Dobiegłem na pozycji 383 (3 osoby jeszcze za mną się zmieściły w czasie). Wynik 09:06:05 netto. M40-135.

Wielkiej celebracji nie było. Wziąłem medal, zjadłem kilka pomarańczy (na mecie było do jedzenia tylko to co na punktach trasowych), rozmasowałem sobie solidnie łydki, fotka gór ze szczytu i można było schodzić w dół do rodziny.

SGS 2017 Meta
Widoki na Góry Stołowe z mety

Cóż. Bieg ciężki. Ciężki dodatkowo na moje życzenie bo zrobiłem go raczej siłą woli niż treningiem. Mam złe przeczucie, że kilka następnych zawodów będzie wyglądać podobnie – czasu już do nich mało i wiele nie nawojuję. Poddawać się jednak nie można, zobaczymy jak to będzie.

 Czy SGS polecam innym? Hmm… ogólnie tak. Sportowo bieg dobrze zorganizowany. Trasa ciekawa mimo, że ciężka. Jeśli jednak lubicie pamiątki (pakiety) to będzie słabo. Raczej impreza nie dla Was.

 

AONIJIE backpack E884 – mini plecak

Logo strony Test Sprzetu

AONIJIE backpack E884 – mini plecak

Przy okazji zakupu softflasków AONIJIE wpadł mi w oko niewielki plecaczek tej samej firmy. Odblaskowy kolor, krój a’la kamizelka biegowa, możliwość przeniesienia wody i różnych drobiazgów – interesujące. Jako, że nie był taki drogi (około 14 $ bez bidonów i 18$ z dwoma bidonami) no to dołożyłem do koszyka.

AONIJIE E884
AONIJIE E884 – widok ogólny

Informacje od producenta:
Marka: Aonijie
Przeznaczenie: Odblaskowy plecak do biegania
Model: E884
Materiał: polyester net yarn, nylon spandex
Waga: 130 g
Rozmiar: uniwersalny
Płeć: Unisex (mężczyzna + kobieta)
Produkcja: Chiny
Dostępne kolory: żółty, różowy, szary, niebieski
Wyposażenie opcjonalne: 2 bidony 250 ml

AONIJIE E884
AONIJIE E884 – możliwości wykorzystanie wszystkich kieszonek

Wrażenie ogólne
Plecak przybył w foliowym worku z logo producenta. Rozciągnięty był na kartonowym wieszaczku. Chińskie metki nic ciekawego nie zawierały, ale myślę, że prostota obsługi nie wymaga studiowania dokumentacji 🙂
Gdyby ktoś miał jednak wątpliwości, co gdzie można w nim nosić, powyżej całkiem fajna obrazkowa instrukcja.
Po wzięciu w rękę plecaczek sprawiał pozytywne wrażenie. Wykonany estetycznie, nie odkryłem żadnych niedoróbek.  Paski, zamki, regulacje wszystko działa. Ewentualnie zapięcie przednie (klamra) mogłaby być bardziej solidna. Na razie jest ok, ale czy z czasem się nie wyrobi to zobaczymy.
Ciekawym patentem okazało się zamknięcie tylnej kieszonki – jest to mały magnesik (dla mnie nowość, nie miałem tego nigdzie).

AONIJIE E884
AONIJIE E884 – na modelu

Pierwsza przymiarka
Plecaczek (bardziej kamizelka?) jest naprawdę minimalistyczny. Na Chińskiem modelu wygląda normalnie, na Europejczyku (czyli ja – 183 cm wzrostu, 110 w klatce) kończy się sporo wyżej. Kawałeczek za piersią 🙂 Plusem jest na pewno regulacja – faktycznie paski da się sporo ścisnąć czy poluźnić. U mnie jeszcze trochę pasków zostaje, czyli jeszcze większy facet też powinien go na siebie wcisnąć.
Zgodnie z danymi producenta plecak jest lekki – po zważeniu miał te 130g.
Odblaski świecą bardzo ładnie. Zależało mi na tym, bo chciałbym go używać w nocy (nawet na pusto) zamiast kamizelki ostrzegawczej.

AONIJIE E884
AONIJIE E884 – widok ogólny, oświetlony

Pakowność
Zanim ruszyłem w teren popróbowałem w domu co do niego da się włożyć.
Górna kieszeń:  wejdą banknoty, jakiś mniejszy zestaw kluczy od domu czy auta.
Kieszenie przednie:
– softflask 250 ml, jak widać na zdjęciu. Wchodzi ale jakieś 1/3 wystaje,

AONIJIE E884
AONIJIE E884 + softflask 250 ml

– twardy bidon 330 ml. Długościowo bez problemu, ale ciasno i góry. Wcisnąłem z mozołem, o szybkim wyjęciu na biegu zapomnijcie,

AONIJIE E884
AONIJIE E884 + bidon 330 ml
AONIJIE E884
AONIJIE E884 + bidon 330 ml włozony

– telefon. 5,5″ wchodzi. Kawałek wystaje, szczęśliwie szans by wypadł nie ma. Mniejsze telefony mieszczą się całe.
Tylna kieszeń: po skompresowaniu (w worku) wcisnąłem leciutką wiatrówkę (coś a’la takie po 50 zł z Decathlonu). Wtedy jednak magnesik potrafi czasem się rozpiąć (może kurtkę trzeba by lepiej ułożyć).

AONIJIE E884
AONIJIE E884 i wiatrówka z Aldi

Testy/Używanie
Jak do tej pory zrobiłem w nim kilka treningów po około 5-10 km. W różnych konfiguracjach (z tyłu kurtka, z przodu softflask, telefon). Co udało mi się zauważyć:
– warto dobrze dopasować paski. Przy pierwszym biegu spiąłem je za mało i plecak lekko uciekał mi na lewą stronę,
– po dopasowaniu regulacji plecak trzyma się dość stabilnie, nie lata, nie odpina się. Ale…
– paski mają jednak tendencję do rozluźniania się. Czuć to zwłaszcza przy kolejnym zakładaniu. Trzeba je od nowa dociągać pod siebie.
– oddychalność, komfort. Jak najbardziej ok. Lekki, nie grzeje w plecy. Ponieważ w większości jest zrobiony z siatki to wrażliwe przedmioty obowiązkowo trzeba włożyć w worek. Inaczej będą mokre od potu. Przy testowych dystansach plecak nie powoduje też żadnych obtarć/urażeń. Biegałem jednak w grubszych ciuchach – ten pkt więc jeszcze do sprawdzenia dokładniej,
– pakowność. Z wkładaniem i wyciąganiem telefonu, softflaska nie ma problemu. Softlask (250 ml) jest jednak do niego zbyt wysoki. Trzyma się dobrze do momentu gdy jest w miarę pełny. Jak opróżnimy więcej, to góra smętnie wisi w doł 🙂 Wkurzało mnie to niemiłosiernie. Rada – softflask da się zgiąć w pół/zagiąć ustnik. Wtedy jest ok, chowa się w kieszenie.

Cóż. Na ten moment jestem zadowolony. Bardzo fajny, lekki plecaczek/kamizelka na treningi. Odblaskowy – widać nas w nocy (+). Podstawowe graty się mieszczą (+). Ze względu na możliwości transportowe wody (te 2×250 ml to raczej max Aonijie) nie jest to plecak na ultra. Mi zbyt szybko zabrakłoby wody. Do ponad 10 km w upałach jak najbardziej.

Soft flask AONIJIE 250ml

Logo strony Test Sprzetu

Soft flask AONIJIE 250ml (SD09-R2505)

Do tej pory jedyne softlaski (miękkie bidony) jakie miałem to chińskie wynalazki z allegro (500 ml po około 5 zł).  Ot coś takiego jak na załączonym obrazku:

Softflask No Name
Chiński No-name

Wykonane było to ze sztywnego plastiku, który i owszem można było zwinąć w rulon ale zbyt wygodny to on nie był.
Jeden z tych bidonów bardzo szybko (bo na pierwszym biegu ultra) puścił na górnym zgrzewie i kapał przy piciu. Drugi wprawdzie okazał się trwalszy, ale czy to z powodu wielkości (wystawał z bocznej kieszonki mojego plecaka Kalenji), czy mojego gapiostwa, to go zgubiłem podczas Ultra Kotliny.

Po tym traumatycznym przeżyciu, zdecydowałem, że przydałby mi się bidon lepszej jakości, a jeśli przy okazji i trochę mniejszy to już w ogóle wypas.

Szybki research na Allegro i zbyt wielkiego wyboru to nie ma 🙁 W większości sklepów dostępne są softflaski Salomona.  Domyślam się, że jest to produkt dobrej jakości, ale niestety – cena poraża. Wydać trzeba na niego ponad 50 zł. Nieliczne propozycje innych firm w sumie w podobnych cenach.
Wizja wydania ponad 100 zł za dwie buteleczki wydała mi się mało kusząca. Szczęśliwie wypatrzyłem softflask chińskiej firmy AONIJIE. Wizualnie bardzo przypomina on produkt Salomona więc albo się nim mocno wzorowali, a kto wie czy nie jest to praktycznie to samo tylko bez logo.
Aonijie można kupić na Allegro (jakiś pomysłowy rodak już je sprowadza) ale jeśli nie zależy nam na czasie to i zamówić sobie bezpośrednio (taniej) z Chin. Czy to przez Aliexpress czy E-baya, da się je spokojnie wyszukać.
Tutaj cena jest już jeszcze trochę lepsza i buteleczka w zależności od wielkości (150-500 ml) kosztuje od około 5 do 10 dolarów. Te, które wybrałem – 250 ml  bez wydłużanej rurki do picia były po jakoś po 6 $.

4 tygodnie oczekiwania minęły szybko i w końcu paczka z Chin przybyła 🙂

Po rozpakowaniu naszym oczom ukazuje się niebieski softlask zapakowany w foliowy woreczek. Ma on dodatkowo założoną karteczkę, z której jak ktoś umie to wyczyta różności 🙂

Softflask AONIJIE 250ml
Jeszcze fabrycznie nowy

Pomijając krzaczki to wychodzi, że jest to softflask o pojemności 250 ml, wykonany z TPU (termoplatyczny elastomer poliuretanowy) bez szkodliwych składników (BPA free, PVC free). Bidon dysponuje ustnikiem, który trzeba zagryźć by woda leciała (bite valve). Ot, chyba wszystko jeśli kogoś interesują metki.
Dla ciekawych – pusty, 250 ml, softflask waży 26 gr. (zważone przeze mnie). Jego wymiary to około 23 cm x 7 cm (długość x szerokość pustego).

Softflask AONIJIE 250ml
Softflask AONIJIE 250ml – widok ogólny

Przechodząc zaś do tego co ciekawsze 🙂

Bidon na pierwszy rzut oka wygląda solidnie. Materiał, z którego go zrobiono jest przyjemny w dotyku, ma aksamitną fakturę.
Góra (tam gdzie wkręca się zatyczkę) jest sztywna, cała reszta to już elastyczny softflask.
Zgrzewy całości są dość szerokie i również sprawiają dobre wrażenie. Czy tak będzie rzeczywiście to wyjdzie po jakimś czasie ale liczę, że się nie zawiodę. Dam oczywiście znać w update-cie opisu.
Pozytywnym faktem jest również to, że softflask nie śmierdzi plastikiem.

Softflask AONIJIE 250ml
Pierwsze napełnienie

Zatyczka z białego tworzywa wkręca się dobrze. Nawet nie dokręcona do oporu nie ma nieszczelności. Nic nie kapie, nie leci.
Tak samo przez ustnik. Dopóki go nie przygryziemy (czy ściśniemy ustami) woda nie leci.
Ustnik można zdemontować (np. by go lepiej umyć). Schodzi i wchodzi na rurkę z właściwym oporem więc zakładam, że i on nie będzie źródłem nieszczelności.

Softflask AONIJIE 250ml
Softflask AONIJIE 250ml – ustnik

Samo picie trudne nie jest. Nadgryzamy elastyczną końcówkę  i można wodę ciągnąć 🙂 Czy leci lekko, czy ciężko to się nie wypowiem (bo innych nie używałem). Wydaje mi się, iż tak jak trzeba – po „treningu picia” każdy powinien sobie poradzić.
W miarę picia butelka zmniejsza swoją objętość – też tak jak trzeba 🙂

Jak pisałem na wstępie nie mam niestety porównania do softflasków innych producentów ale … mam softcup Salomona więc bazując na tym powiem, że:
– kolorystycznie materiał obu jest praktycznie taki sam. Salomon jest minimalnie bardziej przeźroczysty,
– Salomon ma odrobinę bardziej chropowatą fakturę, Aonijie jest bardziej aksamitne,
– zgrzew dolny w obu jest praktycznie identyczny,
– zgrzew boczny w Salomonie jest bardziej zaakcentowany. Czuć wklęśniecie. Aonijie ma go bardziej płaskiego.

Softflask AONIJIE 250ml
Softflask AONIJIE vs softcup Salomon

 Cóż więcej… ciężko tu o jakieś kosmiczne wnioski bo to w końcu tylko bidon. Wielkościowo 250 ml pasuje mi lepiej do mojego Kalenji. Dodatkowo da się go umieścić w minimalistycznej kamizelce AONIJIE, którą też kupiłem i niedługo opiszę.
Cena jak najbardziej akceptowalna. Nie będzie szkoda jak w końcu się zepsuje/uszkodzi.

Dokonało się…

Zgodnie z przewidywaniami nie załapałem się na Bieg Ultra Granią Tatr.  Nie ma mnie na liście szczęśliwców, ani na rezerwowej. Cóż… nie jest to jakieś zaskoczenie, byłem tego w sumie pewien.

Co ciekawe, jakoś nie czuję wielkiego żalu z tego powodu. Widać bieg ten był na tyle nierealny, że poczucie straty nie wystąpiło 🙂 Co więcej odczuwam nawet pewnego rodzaju ulgę bo … kilkaset PLN zostaje w kieszeni (realnie licząc to taka fanaberia kosztowałaby mnie ponad 1000 więc całkiem sporo) .

No i ok. Temat BUGT jest już tematem zamkniętym. Myślę, że drugiego podejścia do niego robił już nie będę. Mam jakoś złe doświadczenia z „grubymi” imprezami, które planowałem długofalowo. W 2015 przed Rzeżnikiem, kontuzje wyeliminowały nasz team, co kosztowało mnie jakieś 500 zł w plecy. Drugi raz już tam się nie zgłaszałem. Tym razem przynajmniej kasy nie straciłem, co jest jakimś plusem 🙂

Późno już (w końcu luty) ale pora teraz pomyśleć nad planem startowym na 2017 r. Myślę, że będzie tych startów trochę mniej, postaram się jednak powalczyć o poprawę wyników. Nie mówię tu o spektakularnych życiówkach niemniej na 5, 10, 21 czy 42 km trochę mogę urwać.  I postaram się to zrobić.
Nie przestały mnie kręcić ultra klimaty i pewnie chociaż z jeden taki bieg w tym roku zrobię. Będzie to jednać coś bardziej lokalnego – impreza na którą można się zapisać „normalnie” bez płacenia rok wcześniej czy losowań. Co ciekawego znajdę to się jeszcze okaże 🙂

Ultrabieganie w chłodniejsze dni

Logo strony Test Sprzetu

Może kogoś zainteresuje małe podsumowanie, jak sprawiły się ciuchy biegowe, które zabrałem na 78 km bieg UltraKotlina 70.

Jako, że na jesieni jeszcze nigdy tak długiego biegu nie „robiłem” to dylemat co wziąć był duży. Testowałem, myślałem, przebierałem 🙂
Wstępną analizę co zabiorę podawałem wcześniej:
http://rmc-audio.home.pl/RMC-biega/?p=700
N
ajważniejszymi kryteriami jak pisałem było:
– ciuchy i na cieplejszy dzień i na chłodną noc (przy czym zestaw na tyle uniwersalny by dało się biec w całości od razu),
– w miarę wiatro-wodoszczelne (ale ta wodoszczelność to taka umowna, nie mam ubrań stricte wodoszczelnych)
– no i wygoda, tak by nic nie obierało, cisnęło na długim dystansie.

Finalnie, względem planów, dokonałem jeszcze pewnych zmian i pobiegłem w takim zestawie:
– bielizna (dół) – bokserki (Kalenji),
– bielizna (góra) – termiczna z długim rękawem (Crivit),
– skarpetki – Kalejnji Kiprun Intensiv (wg producenta zapobiegają odciskom),
– koszulka – Nike Pro Combat z długim rękawem,
– legginsy – Kalenji (na chłodniejsze dni),
– kurtka – InterSport Pro Touch,
– czapka Dunlop (typowo biegowa, kupiona kiedyś w Biedronce),
– buff (no name),
– rękawiczki biegowe Crivit,
– plecak biegowy Quechua MT-10 wraz z bidonem Meteor 2l,
– buty Adidas Kanadia TR 7.

Zestaw ciuchów raczej na wersję – zimno 🙂 Pogoda spłatała mi jednak figla i w dzień okazało się być całkiem ciepło (przynajmniej do połowy dnia). Pierwszą część biegu pokonałem więc bez kurtki (miałem ją w plecaku). Na głowę zamiast czapki założyłem buffa.
W tej konfiguracji biegło mi się dobrze, nie było ani za gorąco ani za zimno.
Z nastaniem zmroku, założyłem kurtkę i czapkę. Włożyłem też rękawiczki, ale te to tak trochę na wyrost. Dałoby się biec i bez nich.
W czasie biegu wszystko spisało się bdb. Nie zanotowałem żadnych obtarć, pęcherzy. Mała uwaga: w newralgicznych miejscach wspomogłem się wazeliną (przed biegiem).
Zwłaszcza, zadowolony jestem z butów, bo tym razem nogi miałem jak nowe 🙂 (no dobra, prawie jak nowe bo jednego paznokcia trochę obiłem i pociemniał).

Jedyny minus mojego zestawu wyszedł już na mecie. Przez padający deszcz i pot wszystko miałem mokre. No i w ogóle nie chciały mi schnąć te ciuchy mimo, że siedziałem w cieple. Przez to strasznie mnie wytelepało z zimna 🙁 Opatuliłem się folią termiczną ale i to niewiele pomogło. Wybawiło mnie dopiero przyjechanie Żony i możliwość przebrania się (od razu mi przeszły trzęsawki). Jak widać, obowiązkowo trzeba mieć jednak coś suchego na przebranie na mecie.

UltraKotlina 70 – 15/10/2016

Logo UltraKotlina

UltraKotlina 70 – 1/2 Najdłuższego Ultramaratonu w Sudetach Zachodnich

Po DFBG bieganie ultradystansów trochę mi przeszło. Trenowało się, uczestniczyło w krótszych zawodach i tak leciał czas. W którymś momencie w końcu zacząłem dokładniej analizować co zrobić by wystartować w wymarzonym Biegu Ultra Granią Tatr 2017 i doszło do mnie, że uzbieranie wymaganych punktów wcale tak łatwe nie będzie. Nie będzie bo… okres biegowy się kończy, zawodów coraz mniej, a te, które mi pasowały już mają zamknięte listy startowe.  Na drugi koniec Polski jechać nie planowałem, w Europę uderzać raczej też. Oj 🙁
Poddawać się jednak nie wolno. Po głębszej analizie dostępnych zawodów udało mi się wyselekcjonować jednak takie, w których punkty da się uskładać jeszcze w tym roku. Jednym z tych biegów była UltraKotlina 70.

Bieg będący (do momentu startu i osiągnięcia mety) dla mnie zagadką, której się obawiałem. Niewiele znalazłem z niego relacji, opisów. Łamałem głowę gdzie jest haczyk. Dystans wprawdzie „nieduży” ale długi limit czasowy, punkty kontrolne na których trzeba odznaczać swoją obecność. Czyżby były mega wzniesienia? Konieczność wytrawnego nawigowania? Im dłużej nad tym myślałem to wiedziałem mniej 🙂 No ale, zapłaciło się to biec trzeba.

UltraKotlina 70 wraz z pełnym dystansem UltraKotlina 130 wywodzą się od długoletniego już wydarzenia pod nazwą Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej. Wszystkie te imprezy mają swoją stronę:

http://www.przejsciekotliny.org/

W serwisie są wszystkie najważniejsze informacje o wydarzeniu. -regulamin, płatności, wyniki poprzednich edycji. Organizatorzy zamieścili też najważniejsze komunikaty techniczne, mapę trasy jak i ślad GPS. Da się z tego wszystko co ważne wyczytać i raczej nikt nie powinien mieć problemów z zapisami czy odnalezieniem startu, informacji co zabrać itp.

Zwyczajowo więc gdy już udało mi się zapisać, opłacić pozostało pakować sprzęt i wybierać się na start 🙂

Przy okazji wybór sprzęt na ultra w chłodniejsze dni też mnie męczył dość długo ale finalnie coś tam z szafy wydarłem. Postaram się napisać w kolejnej relacji czy wybrałem dobrze czy nie.

UltraKotlina 70
Przed startem w Janowicach Wielkich

Na miejsce startu (Janowice Wielkie) dojechaliśmy z moja rodziną jakieś 2 godziny przed godziną 0 (czyli 14:00). Ładny, chociaż mały kompleks sportowy, namiot organizatorów obok no to zaatakowałem obsługę by wziąć pakiet. Pani dwa razy pogoniła mnie do auta bym okazał wyposażanie obowiązkowe 🙂 więc jak widać nie jest to martwy przepis. Wszystko miałem więc ok, odebrałem co trzeba no i wziąłem się za analizę mapy dostarczonej przez organizatora. Nie wyglądała ona źle. Szlaki były oznaczone, tam gdzie ich miało nie być to organizator wprowadził ułatwienie i rozwiesił wstążki wyznaczające kierunek. Wyprzedzając fakty przydały się te wstążki, dość dobrze były rozmieszczone.

UltraKotlina 70
Odprawa

Cóż trasy na pamięć nauczyć się nie da uznałem więc, że będę próbował dołączyć do jakiejś grupy i biec z nimi póki się da.

Przed biegiem odbyła się krótka odprawa, wyjaśnienie co i jak robić no i można było ruszać.

UltraKotlina 70
Startujemy

Tutaj kolejna dygresja – przydatna dla innych biegaczy w tych zawodach (w przyszłych edycjach). Warto dobrze przestudiować mapę dostarczaną przez organizatora i kartę kontrolną (z pkt. do odbijania). Oszczędzi to kłopotów na trasie. Mi zabrakło poczytania karty kontrolnej –  zawierała ona np. opis gdzie są zlokalizowane pkt (opisowe info w stylu między skałami, za schroniskiem co okazało się kluczowe parę razy)

Grupa ruszyła dość spokojnie. „Elita” oczywiście szybko wyrwała do przodu ale w moim tempie parę osób się przemieszczało. Dość szybko dołączyłem do kolegi, który z dyskusji okazało się, że jest z okolicy! i w miarę trasę kojarzy. W miarę bo i on nie ustrzegł się paru błędów. Szczęśliwie były to pomyłki bez poważnych konsekwencji –  a to minęliśmy zakręt ale Ci za nami zawołali, że źle, a to wdrapaliśmy się na szczyt góry z drugiej strony. Punkty kolejne jednak znajdowaliśmy i się biegło.

UltraKotlina 70
Na trasie. Cóź za speed 🙂

Niestety kolega biegł zbyt ostrym jak na mnie tempem, bardzo szybko podchodził też na górki i szybko okazało się, że nie dam rady. Po 3 czy 4 chyba punkcie kontrolnym dałem spokój z dotrzymywanie mu kroku.
Przystanąłem bo i tak już się ściemniło. Ubrałem kurtkę, czapkę, odpaliłem czołówkę i swoim już tempem ruszyłem do przodu.
Niestety nawigowanie jednak nie jest moją najmocniejszą stroną 🙂 W okolicy między PKT14 a PKT 15 (dokładniej to na asfalcie między miejscowościami Płoszczyna-Dziwiszów) zgubiłem trasę. Szybko to wyłapałem, stanąłem studiując mapę. Za chwilę dobiegło 3 chłopaków. Pytam czy tędy – tędy 🙂 Zrobiłem z nimi 2 km i wyszło, że jednak nie tędy. Pozostało się wrócić i szukać lepiej.
Jak wyszło zmyliły nas białe wstążki, którymi rolnik ogrodził swoje pole (BTW intencja dobra bo wisiały na elektrycznym pastuchu. Nie polecam dotknięcia bo sam spróbowałem :)) Były podobne do wstążek organizatora i sugerując się nimi pobiegliśmy nie tam gdzie trzeba. Nowi koledzy mieli jednak wgrany w komórkę ślad gps i z jego pomocą + wypatrywanie trasy przez 4 osoby wróciliśmy  na szlak. To była w sumie jedna poważna pomyłka drogi w trasie.

Nowo poznani biegacze okazali się dla mnie zbawieniem. Dwóch z nich biegło idealnie moim tempem! Ostatni silniejszy z grupy nadawał mobilizację całości by jednak biec a nie zbyt długo iść. Przemieszczałem się z nimi praktycznie do końca trasy (odeszli mnie na ostatnich 2 km, kiedy zabrakło mi już sił do ciągłego biegu). Super. W grupie biegnie się lepiej, co ważne do końca na prostych i zbiegach biegłem a nie szedłem jak w DFBG. Nawigacja również uprościła się znacznie kiedy w kluczowych momentach oprócz mapy dało się zerknąć na GPS i pokazywał czy jesteśmy na szlaku czy nie.

Przemieszczanie pomiędzy kolejnymi punktami szło dobrze. Znośnym tempem parliśmy do przodu. Na postojach krótko bez marnowania czasu. Napić się, uzupełnić bukłaki i dalej. Punkty organizator wyposażył bdb. Była woda, cola, izotonik (dobry pasował mi), herbata czy kawa. Do jedzenia rodzynki, ciasteczka, czekolada. Ciepły posiłek na trasie to pomidorowa lub naleśnik. Wziąłem pomidorową bo uznałem, że będzie lżejsza dla żołądka.

Pod sam koniec biegu drastycznie zepsuła się pogoda. Zaczął mżyć deszcz ze śniegiem. Szlak zrobił się coraz bardziej błotnisty, widoczność coraz gorsza (okularnicy jak ja mają gorzej gdy zaparują nam bryle). Parę razy wlazłem w wodę po kostkę ale moje buty i skarpetki tym razem sprawdziły się idealnie. Nic mnie nie obtarło.

Słabe warunki (wraz z tym co pisałem na początku – kiepskim przestudiowaniem rozmieszczenia pkt-ów) niestety zaprocentowało dużą pomyłką. Ominęliśmy punkt kontrolny nr. 24. Owszem biegliśmy koło niego ale nie podbiliśmy się. Na mecie została mi za to doliczona 2 godzinna kara co poskutkowało znacznym pogorszeniem miejsca . A szkoda. Całość trasy – 83,13 km przebiegłem w 13:49:19. Po doliczeniu kary zająłem 25 miejsce z 36 mężczyzn którzy osiągnęli metę (bez kary byłbym około 16).

Po biegu można było zjeść ciepły rosół,kawę, herbatę, wypić piwo i zagryzać ciasteczkami czy czekoladą. W ośrodku na mecie dało się też wykąpać (teoretycznie bo nie było ciepłej wody) i położyć spać.

Ponieważ na metę przybiegłem o godzinie 04:00 to do około 07:00 siedziałem czekając na rodzinę. Nie było to przyjemne oczekiwanie bo moje ciuchy kompletnie przemokły, nie miałem nic na zmianę i mimo, że było ciepło to po jakimś czasie zaczęło mnie telepać z chłodu. Opatulony w folię doczekałem przyjazdu rodzinki i po przebraniu się od razu ustąpiły niedogodności.

Teraz parę luźnych uwag ogólnych

Ze swojej formy w biegu jestem bardzo zadowolony. Cieszę się, że do końca biegłem, nie miałem kryzysów.

Wyposażenie jakie wziąłem dało radę na trasie. Buty, ubranie mnie nie obtarło ale na końcu biegu ciuchy miałem bardzo mokre (od potu i deszczu). Niestety tak szybko nie schły i tu mało już było komfortu.

To czego obawiałem się najbardziej czyli trasa nie była ekstremalna. Szlak prowadził po znośnej nawierzchni (szutry, kamienie, trochę asfaltu). Był szeroki, nie tak jak na DFBG, tu dało się biec nawet koło siebie. Podejścia i zbiegi do przeżycia.
Nawigacyjnie dało się wszystko ogarnąć. W sumie oprócz paru smaczków jak moment gdy wbiega się do lasu i szlak momentalnie się kończy 🙂 nie było aż takich hardcorów. Tu przydawało się współdziałanie w grupie i korzystanie np, ze śladu GPS.

Podsumowując – impreza kameralna ale dobrze zorganizowana. Polecam ten bieg.

P.S.
Tak już poza konkursem. Zadziwiające są postawy ludzi na biegach. 1. Podczas mojego biegu udało nam się znaleźć 2! karty kontrolne. Jak można je zgubić to nie wiem, przecież bez nich nie ma co biec dalej.
2. Dołujące najbardziej jest jednak to, że niektórzy oszukiwali 🙁 Wiem na 90%, że byli tacy co ominęli punkty a jednak sobie go podbili. Pewnie na kolejnym. Porażka i wstyd.

Testować i sprawdzać warto za wczasu…

Sprzęt biegowy oczywiście 🙂

Tą oczywistą oczywistość niestety bardzo często się lekceważy. A to naprawdę poważny błąd. Sam parę razy „przejechałem się” na zawodach kiedy nowa koszulka, skarpetki czy buty sprawiły mi niemiłe niespodzianki „odczuciowe”.

Nie będę tu odkrywczy gdy potwierdzę te mądrości.  Na ważne biegowe okazje trzeba używać tylko to co znamy, nie powoduje żadnych dyskomfortów i jest wygodne. Oczywiście tak samo jak nie powinno się biegać ważnych imprez  w całkiem nowych rzeczach (ubranych pierwszy raz).

Po ostatnich kilka biegach do powyższych uwag dodam jeszcze – stosować swoje wyposażenie w sprawdzonej kombinacji 🙂

Okazało się bowiem, że całkiem fajne bokserki Nike Pro Combat nie sprawdzają się w ogóle w połączeniu z kompresyjnymi legginsami Nike (przy okazji kupiłem je używane kilka tygodni temu – jak ktoś nie ma oporów na ciuchlandy to naprawdę można w nich kupić wypasione sportowe ciuchy).
Legginsy z moich Pro Combatów co chwilę zjeżdżały w dół 🙂 i musiałem je podciągać w czasie biegu. Ale jestem szczęśliwy, że wyczaiłem to teraz a nie na 80 km trasie UltraKotliny. Ufff…. 🙂

A jak już przy doborze stroju na jesienne ultra. Dylemat co ubrać mam nieziemski 🙁 Pewnie mi się nie uda, ale staram się wybrać złoty środek – tak by nie było mi gorąco w dzień, ale i bym nie zamarzł w nocy. Do tego priorytetem dla mnie jest fakt by to co wybiorę nadawało się do ubrania od razu i żebym nie musiał dźwigać ciuchów w plecaku. Ciężko…

Ponieważ tempo biegu w moim wydaniu wielkie raczej nie będzie to skłaniam się ku opcji cieplejszej. Na dzisiaj planuję ubrać:
– bielizna termiczna z długim rękawem (Crivit),
– koszulka Nike Pro Combat (też używana :)) z długim rękawem
– kurtka. Co do tej ostatniej warstwy jeszcze myślę. Ostatnie 3 biegi to test różnych opcji. Próbowałem wiatrówkę z Aldi, softshell biegowy z Aldi i kurteczkę InterSport Pro Touch. Wiatrówka to chyba za mało jak na góry jesienią więc albo softshell albo kurteczka. Softshell widzi mi się ok, ale ja w softshell-ach coś się mega pocę od środka 🙂 A to też niezbyt dobrze przy tylu km. To chyba padnie na kurteczkę Inter Sporta. Też będzie w niej ciepławo w dzień ale mam wrażenie, że lepiej się suszy.
– na dół planuję kompresyjne długie legginsy Nike, bokserki Kalenji (te już wiem, że pasują do Nika 🙂 i skarpetki Kalejnji Kiprun Intensiv (nowy nabytek ale jak na razie ok).
– dodatki to czapeczka Nessi, buff (jeden na szyję , może wezmę z drugi na głowę na zmianę czapki), rękawiczki Crivita,
– buty Adidas Kanadia TR 7. Pokombinowałem trochę z wiązaniem i powinny dobrze się trzymać nogi. A trochę więcej luzu niż w Adidasie Raven nie zaszkodzi.

No zobaczymy jak to wszystko wyjdzie. Powinno być ok pod względem temperatury. Oby tylko nie padało cały dzień i noc bo na mokro to nie wiem jak ten zestaw da radę.

Co zabrać na bieg ultra?

O ile w przypadku normalnego biegu sprawa jest prosta (buty, ubranie, może jakieś picie i jedzenie wystarczy) to planując górskie bieganie na długim dystansie sprawa się trochę komplikuje.  Okazuje się, że potrzeba trochę więcej rzeczy. Co gorsza nieść będziemy je w większości na własnym grzbiecie 🙂 więc lepiej wybierać tylko to co naprawdę może się przydać.

Warto więc nie pozostawiać przygotowania do biegu na ostatni moment, ale poprzedzić je solidnym planowaniem.
Kiedy ja szykowałem się teraz do DFBG wypisałem długą listę sprzętu  do wzięcia. Posiedziałem nad nią chwilę dopisujący czy skreślając pozycje.
Dodatkowo lista taka ułatwi nam później pakowanie, bo mamy pewność, że w ferworze walki nic nie zostawimy w domu.

Chciałbym przedstawić Wam poniżej swoje propozycje z komentarzem czy warto było je brać czy są jednak zbyteczne. Oczywiście lista taka nie jest jedyną obowiązującą (modyfikacje na pewno byłyby konieczne np. przy biegu w zimie). Ale jakąś pomocą może być.

Jeszcze mała uwaga przed listą – przy pozycjach pisałem konkretne nazwy rzeczy. Takie po prostu wytypowałem z tego co mam. Jeśli ktoś ma/lubi inne jego wola.

Przedmiot Biorę ze sobą Na przepakach Komentarz
Plecak biegowy Quechua MT10 TAK NIE Bez dyskusji,trzeba mieć
Bukłak do plecaka Meteor 2l TAK NIE J.W. Ja potrzebuję sporo wody więc biorę
Bidon/Softflask no name TAK NIE Miałem, przydał się bo lałem w niego colę lub izo
Kubek składany TAK NIE Był w wymaganiach DFBG, ja użyłem parę razy ale mając softlask to sprawa do przemyślenia czy potrzeba
Buty terenowe Adidas Raven 3M TAK NIE Bez dyskusji,trzeba jakieś mieć. Przy mega długim biegu warto pomyśleć czy nie wziąć na przepak jakichś na zmianę
Koszulka Adidas Climachill TAK NIE Bez dyskusji,trzeba mieć. Przy mega długim biegu warto pomyśleć czy nie wziąć na przepak jakiejś na zmianę
Skarpetki Nessi RSN TAK NIE Bez dyskusji,trzeba jakieś mieć. Przy mega długim biegu warto pomyśleć czy nie wziąć na przepak jakichś na zmianę
Spodenki Kalenji Elioplay TAK NIE Bez dyskusji,trzeba mieć
Opaski kompresyjne Kalenji TAK NIE Ja używałem i byłem zadowolony z nich.
Rękawki Kalenji TAK NIE Ja używałem ich w nocy i byłem zadowolony z nich (lżejsze na pewno niż bluzka z długim rękawem)
Czapka z daszkiem Viking York TAK NIE Bez dyskusji,trzeba mieć jakąś ochronę głowy
Wiatrówka Aldi TAK NIE Była w wymaganiach DFBG. Nie używałem ale i tak bym wziął. Lekka, chroni przed wiatrem i deszczem gdy by był.
Buff no name TAK NIE Miałem, nie użyłem bo było ciepło. Ale np. zamiast czapki można wziąć buffa
Frotka Adidas 🙂 NIE NIE Myślałem czy brać ale, że nie używam na co dzień to dałem spokój. Została w domu
Zegarek GPS SpoQ SQ100 TAK NIE Przydaje się. Wiadomo ile zostało czasu, ile do końca odcinka. Ten model podobno wytrzymuje do 18 godz. bez ładowania. Wierzę w to bo podładowałem go ze 2x na przepakach (po kilka min) a zawsze miał powyżej 70% energii
Kabel USB do zegarka TAK NIE Jeśli nasz zegarek trzeba będzie ładować na trasie to lepiej mieć
Powerbank TAK NIE Miałem bo bałem się, że zegarek nie wytrzyma całości. Wziąłem najmniejszy i najlżejszy.
Komórka Nokia 5800 Xpressmusic TAK NIE Telefon był w wymaganiach DFBG, ja użyłem parę razy robiąc fotki i sms-ując do Żony. Ale mieć trzeba w razie W. Ten mam specjalnie do biegania bo lekki a długo trzyma bateria
Czołówka LedLenser H5 TAK NIE Bez dyskusji,trzeba mieć biegając po nocy
Baterie zapasowe TAK NIE Moja lampa wytrzymała całą noc mimo że ze 2 godziny kiedyś świeciła. Ale lepiej wziąć niż biec w ciemności
Zapasowa lampka TAK NIE Gdyby padła czołówka. Wziąłem jak najlżejszą i najmniejszą niemniej gwarantującą jakieś sensowne światło
Fola NRC TAK NIE Była w wymaganiach DFBG. W razie W pewnie przydatna ale mi średnio pasowała. Sporo miejsca zajęła w plecaku. Dobrze chociaż, że lekka
Żele Optonia Ultra 500 TAK NIE Przydały się. Miałem 3, zjadłem wszystkie dla wzmocnienia na trasie
Wafelki Aldi Haselnuss Schnitte TAK NIE Ja je lubię, bo lekkie a dużo kalorii mają 🙂 Ale gdy w buzi sucho ciężko wchodzą, trzeba popijać
Wazelina TAK NIE Naczytałem się, że warto mieć na obtarcia. Nie użyłem, a gdzie mnie obtarło to już później i tak nie smarowałem. Zbyteczne jak dla mnie.
Plaster 12,5mm x 5m TAK NIE Do zaklejenia sutków + w razie W na skaleczenia. Lekki więc lepiej mieć
Bandaż elastyczny TAK NIE Nie użyłem ale wiadomo – jw.
Tabletki p.bólowe, magnez, sole fizjologiczne itp.. TAK NIE Wydzieliłem sobie po 2 tabletki z listka (przeciwbólowe, magnez i kolagen na stawy). Zjadłem 1 magnez. Mogły więc zostać w domu
Dowód osobisty TAK NIE Był w wymaganiach DFBG, ale lepiej mieć w razie jakiegoś nieszczęścia czy kłopotów ze służbami granicznymi, policją itp.
Pieniądze TAK NIE Były w wymaganiach DFBG, ale lepiej mieć w razie potrzeby (na autobus do domu czy jakieś ekstra picie jeśli jest gdzie kupić 😉 )
Krem do opalania TAK NIE Wziąłem darmową próbkę w saszetce. Nie użyłem. Słońce na szczęście mnie nie spaliło
Woreczki strunowe TAK NIE Do spakowania rzeczy wrażliwych na wilgoć. Najlepiej mieć w paru rozmiarach na drobiazgi czy ubrania
Chusteczki nawilżane TAK NIE Warto mieć bo lekkie a na pewno lepsze niż suchy papier 😉
Okulary przeciw słoneczne NIE NIE Myślałem czy wziąć ale, że normalnie nie używam to odpuściłem.
Opaska na kolano NIE NIE Dawno temu kolana po długich biegach czułem. Profilaktycznie myślałem czy nie wziąć. Odpuściłem i się nie przydała na szczęście.
Ciuchy na po biegu, ręcznik, mydło NIE TAK Wiadomo, gdy czeka nas powrót do domu to lepiej zrobić to na świeżo.

Sporo tego było jak widać. Szczęśliwie zmieściło się wszystko do mojego MT10 i mega ciężkie nie było. Dałem radę dźwigać całość 26 godzin = było ok.
W tym momencie mądrzejszy o doświadczenie biegu dołożył bym ciuchy, buty na przepak.  Może w jakimś stopniu uchroniłyby to mnie przed obtarciem stóp. Te drobiazgi, których nie użyłem były zaś na tyle lekkie, że mimo wszystko warto je wziąć. Kto wie, czy nie przydadzą się kolejnym razem.

Cóż. Kończąc podam jeszcze, że warto pokombinować jak spakować się z całością w plecak, by go na każdym przepaku nie wywracać do góry nogami. I tyle. Przyjemnego biegania 🙂

DFBG 2016 – Super Trail 130 km (relacja)

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2016

Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 2016 – Super Trail 130 km

W ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich odbyły się zawody, które były celem moich treningów w 2016r. – Bieg Super Trail na dystansie 130 km (21-22/07/2016).

Zapisu na bieg dokonałem dawno temu (jeszcze w końcówce zeszłego roku) bo oczywiście wtedy było taniej. Czas leciał, trenowało się, szczęśliwie ominęły mnie kontuzje no i w końcu przyszedł wyczekany moment startu.
Przed tak długim biegiem warto trochę więcej czasu niż zwykle poświęcić logistyce (dojazdy, noclegi, ekwipunek itp.) ale, że to też spory materiał do opisania, to tu ją pominę, a postaram się listę co brałem/użyłem podać w kolejnych relacjach.

Start zawodów zaplanowany był 21/07 w Lądku Zdroju (o godz 18:00). By zdarzyć odebrać pakiety startowe, zdać depozyty na miejsce rywalizacji przybyliśmy z rodzinką odpowiednio wcześniej. W biurze zawodów wszystko poszło sprawnie. Nie było kolejek, tłoku. Szybko wydano co trzeba i można było pozostały do startu czas przeznaczyć na zwiedzenie Lądka, zerknięcie co wystawiają stoiska dla biegaczy i ogólny relaks.
Przed samym startem biegaczy czekała niespodzianka jaką była naprawdę mocna ulewa. Prognozy meteo pokazywały, że będzie upalnie a tu nieoczekiwane załamanie pogody. Szczęśliwie deszcz przestał padać na około godzinę przed biegiem, bo z dwojga złego to wolałem upały niż deszcze na trasie.

Chwilka przed startem :)
Prezentacja zawodnika przed startem 🙂

Ostatnie chwile na pożegnania z kibicami i można było ruszać na trasę. Ustawiłem się w okolicy końcówki peletonu bo nie planowałem super tempa i nie chciałem przeszkadzać szybszym. Odliczanie od dziesięciu i start.

DFBG 2016
Widok na miejsce startu

Etap1 – Lądek Zdrój (Park Zdrojowy) – Przełęcz Gierałtowska (dystans 10 km)

Start biegu już od pierwszych metrów prowadził pod górkę. Najpierw schody w okolicy amfiteatru, a później wspinaczka ulicami Lądka. Po pokonaniu kilkuset metrów (raczej dla kibiców :)) biegacze z moich okolic czasowych karnie przeszli do marszu i tak pokonaliśmy większość etapu. Trasa była wąska, kręta, możliwości by tu kogoś wyprzedzać były sporadyczne. Po około 1:34 udało się osiągnąć pierwszy z punktów żywieniowych.

Etap2 – Przełęcz Gierałtowska – Przełęcz Płoszczyna (dystans 22 km).
Na punkcie szybko uzupełniłem zapas wody i izotoniku (niezbyt dobry, średnio mi podchodził smakowo, ale żadnych złych sensacji nie powodował) i można było ruszać dalej. Tutaj stawka zawodników trochę się już rozciągnęła i od czasu do czasu wolniejsze osoby można było wyminąć.

Trasa tego etapu była wymagająca z dwóch powodów (nie licząc wspinaczek na góry gdyż to jakby standard w biegach górskich :))

  • mimo że biegło się po ubitej ścieżce ziemnej była ona gęsto zryta wystającymi korzeniami drzew, czyli łatwo o podknięcie,

  • dodatkowo szlak był tak wąski i wgłębiony, że każda próba postawienia nogi bliżej krawędzi (lub poza nim) kończyła się niebezpiecznym podcięciem nogi lub stopowaniem jej w miejscu.

W połowie tego odcinka zaczęło już robić się ciemno więc na chwilę przystanąłem by założyć czołówkę i rękawki chroniące przed chłodem.
Mimo światła warunki biegowe nie były sprzyjające (z wyżej wymienionych powodów) więc z zapadnięciem całkowitych ciemności zdecydowałem, że nie będę biegł ale kolejne kilometry pokonywał szybkim marszem. Szkoda mi było nóg by załatwić się już na początku walki.

Kolejny punkt odżywczy osiągnąłem w 5:55:42 (licząc od startu).

Etap3 – Przełęcz Płoszczyna – Międzygórze GOPR (dystans 15 km).

Na punkcie znów tankowanie wody i coli, z której ochoczo skorzystałem zamiast izotonika. Wciągnąłem też trochę arbuza (nieźle wchodził) i biegnę dalej.
Ten etap to wspinaczka pod najwyższy szczyt trasy – Śnieżnik jak i samotne zmaganie się z nocą w górach. Praktycznie cały ten i kolejny etap biegłem sam. Szybsi odskoczyli w przód, parę osób, które dogoniłem ruszały się dużo wolniej niż ja więc nie było sensu na nich czekać.
Podejście pod Śnieżnik naprawdę strome. Technika marszu z rękami na udach jednak działała u mnie nieźle i pod górę piąłem się naprawdę szybko (zdziwiony trochę jestem ale do samego końca biegu marsze pod strome góry szły mi wyśmienicie – doganiałem tam tych, którzy uciekali mi na zbiegach i prostych).
Trasa na szczyt góry miała jeszcze to utrudnienie, że było na niej mega błoto. Parę razy mało nie utopiłem całego buta w niewidocznych pułapkach.
Zejście w dół wcale nie okazało się łatwiejsze. Skończyło się błoto ale zaczęły duże, luźne kamienie które wcale nie pomagały w przyśpieszeniu. Dopiero w końcówce tego etapu droga poszerzyła się, przeszła w szuter i mogłem biec.
Ten etap niestety był w mojej ocenie najsłabiej oznakowany, na zejściu ze Śnieżnika ciężko było wypatrzyć znaki organizatorów i parę razu miałem stresik czy idę dobrze.

Kolejny biwak osiągnąłem po 08:53 godz. od startu

Etap4 – Międzygórze GOPR – Długopole Zdrój – pijalnia wody (dystans 17 km).

Wbieg do Międzygórza poprawił trasę bo przez miejscowość biegło się asfaltem. Okazało się to jednak dla mnie zdradliwe bo zbyt się rozpędziłem, przegapiłem skręt w prawo i niestety nadrobiłem około 2 km zanim wróciłem na właściwy szlak. Straciłem na tym sporo bo o ile w Międzygórzu wyprzedziłem ze 2 osoby to później musiałem je gonić aż pod koniec odcinka. Do Długopola wbiegało się już ze wschodem słońca Tutaj w końcówce leśnej ścieżki stracha biegaczom napędziły dziki 🙂 Szczęśliwie jednak udało się je odpędzić okrzykami i nie było konfrontacji.
Końcowe kilometry tego etapu to chwila wytchnienia. Biegło się łąkami i polami. Po prostej czyli był bieg a nie tylko maszerowanie.

Punkt odżywczy to u mnie 12:18 (od startu)

Widoki z DFBG 2016
Wschód słońca nad górami

Etap5 – Długopole Zdrój – Schronisko Jagodna (dystans 17 km).

Lżejszy odcinek, droga już szersza w większości prowadziła po polach, asfaltach i szutrach. Zaczęło jednak grzać słońce i to ono na otwartych terenach wyciskało z zawodników wszystkie siły. W połowie trasy dogonił mnie chłopak z Warszawy i do kolejnego punktu odżywczego przemieszczaliśmy się razem. Towarzystwo miła rzecz, da się pokonwersować ale nie sprzyja to jednak koncentracji i tu nastąpiła druga moja pomyłka trasy. Szczęśliwie tym razem straciliśmy mniej, może z 400 metrów. By odrobić stratę na prostych i z górek biegliśmy.

Po tym etapie punkt odżywczy osiągnąłem w 15:39 (od startu)

Etap6 – Schronisko Jagodna – Masarykowa Chata – schronisko (dystans 19 km).

Zbiegi w poprzednim odcinku polepszyły czas ale niestety mocno mnie zmęczyły i mój towarzysz ruszył sam, a ja uznałem, że mimo drogi w dół chwilę pomaszeruję na rozruszanie nóg. Dogoniłem go jednak znów na trasie bo jak pisałem marsz miałem całkiem niezły i na wspięciach nadrabiałem. Także w tym odcinku była lżejsza droga (więcej szerokich szlaków, asfaltów po Czeskiej stronie). Nawet to szło mimo upału i długiego czasu na trasie. Trochę zdołowało mnie tylko podejście pod punkt odżywczy bo raz, że było wg GPS z 500 metrów dalej niż oficjalny dystans odcinka, to dwa, że pod duża górę. No niestety. Sam punkt też nie zachwycał bo nie mieli już na nim coli a czekałem na nią jak na zbawienie 🙂
Na „mecie” tego odcinka zameldowałem się po 19:33 godzinach.

Etap7 – Masarykowa Chata – Jamrozowa Polana- ośrodek sportu (dystans 12 km).

Oprócz początkowego najkrótszy, ale wcale nie najłatwiejszy odcinek do pokonania. Czułem już wcześniej dyskomfort z powodu obtarcia nogi (oj lewą stopę to po biegu mam w kiepskim stanie) i nie mogłem już się rozpędzić nawet w marszu. Jeszcze po prostym jakoś to szło ale na zejściach po kamieniach pęcherze skutecznie utrudniały mi walkę i poruszałem się słabym tempem. Na ten odcinek było przewidziane przez organizatora 2 godziny, ja pokonałem go w około 2:20 (mimo, że GPS do punktu odżywczego wskazał mi o 1 km mniej). Koniec tej drogi to 22:12 (od startu)

Etap8 – Jamrozowa Polana- Kudowa Zdrój – Park Zdrojowy (dystans 18 km).

Ostatni odcinek walki. Spodziewałem się już lżejszej drogi ale na tej trasie była ostra mordownia 🙂 Po minięciu Dusznik Zdroju w dużym upale przyszło się piąć pod takie góry, że hej 🙁 Ze dwa razy było bardziej pionowo niż w podejściu pod Śnieżnik. Im bliżej byłem Kudowy tym bardziej bolała mnie stopa co dodatkowo mnie zwalniało. Najgorsze zaś przyszło pod koniec gdy doszło do mnie, że ten odcinek chyba jest dłuższy niż podawany przez organizatora. 18 km przeszło, tablice szlaków pokazują jeszcze z godzinę do Kudowy, trochę wpadłem w panikę, że nie zdarzę. Jak na dobitkę w jednym miejscu trasa prowadziła przez jakieś pastwiska i … nagle wyrosła przede mną zamknięta na łańcuch brama. Musiałem ją pokonać górą, co wcale łatwe nie jest po 25 godzinach na nogach.
W końcu jednak pokazała się Kudowa. Zacząłem próbować podbiegać w dół by chociaż trochę nadrobić i tak udało mi się dogonić podobnego nieszczęśnika jak ja. On wprawdzie zapisany był na 240 km ale mówił, że już nie da rady i rezygnuje. Chwilę dreptaliśmy razem, w Kudowie zauważyłem moją rodzinę i oni pokierowali mnie na ostatnich metrach. Siły na finish się odnalazły – na metę wbiegłem po 25:49:18 od startu.

Meta DFBG 2016
Już blisko do mety – uliczki Kudowy

Czas oczywiście niezbyt rewelacyjny ale dla mnie sukcesem jest zmieszczenie się w limicie i pokonanie tak długiej trasy na własnych nogach. Sukces 🙂

Troszkę rozczarowało samo zakończenie biegu. Dano mi medal, rzeczy jakie zostawiłem na przepaku ale to chyba wszystko. Do picia, jedzenia było to co na trasie, organizatorzy już szykowali się do wystartowania kolejnych biegaczy na 110 km. Cóż, chwilę posiedziałem i wraz z rodziną poszliśmy do auta wracać do domu.

Kończąc powiem, że mimo wszystko zawody ciekawe, wymagające. Organizatorzy świetnie wywiązali się z oznaczenia trasy (ich tabliczki, świecące taśmy dobrze wskazywały kierunek), wolontariusze na punktach byli pomocni i warto chociaż raz spróbować biegu ultra.

Fizycznie – mimo tak gigantycznego wysiłku jest o dziwo ok, mięśni praktycznie nie czuję, mógłbym iść biegać. Niestety dorobiłem się wielkich bąbli na stopach co biegi uniemożliwia. Zwłaszcza lewa noga mega oberwała – oprócz pęcherzy z najmniejszego palca straciłem paznokieć + pod spodem pękł  starł się świeży bąbel i widać świeże mięsko 🙁

Szczęśliwi biegają ultra – krótka recenzja

Test_sprzetu

Szczęśliwi biegają ultra – krótka recenzja

„Szczęśliwi Biegają Ultra” M. Ostrowska-Dołęgowska, K. Dołęgowski

szczesliwi-biegaja-ultra1

Ciężko jest być odkrywcą nowego 🙂 Internetowi bloggerzy z reguły opisują to samo, tyle, że jedni trochę szybciej a inni trochę później. Cóź, nie będę się wyłamywał (no bo skoro i ja kupiłem tą książkę) i skrobnę coś na jej temat.

Nie jestem przesadnym pasjonatem książek o bieganiu. W swojej kolekcji mam tylko jeszcze jedną pozycję (Gallowaya o marszobiegu) jednak skuszony pozytywnymi recenzjami Szczęśliwych… jak i tematyką, która mnie kręci (biegi ultra) skusiłem się na zakup.

Nie da się ukryć, że książkę czyta się bardzo dobrze. Pochłonąłem ją szybciutko, z żalem robiąc przerwy na inne życiowe czynności 🙂
Ciężko w sumie wskazać powód tej „dobroci” bo książka jest troszkę o wszystkim i niczym 🙂 Pokazuje ona życiową drogę biegową Dołęgowskich, rozwój ich pasji i stopniowe przechodzenie od amatorów do zawodowstwa :). Są tu opisy ich biegów (jak i ich przyjaciół), anegdoty. Trochę o treningu, diecie.
Nie ma wskazania jedynej słusznej drogi biegacza ale sugestie, które mogą być pomocne początkującym.
Autorzy opisując swoje biegowe życie wspominają nie tylko o pozytywach biegów ultra. Mówią wprost, że często boli, sporo się traci (pod wszystkimi względami). Ogólny przekaz jest jednak pozytywny i tak też należy odbierać długie biegi 🙂

Odnośnie minusów. Hmm… w sumie wielkich nie ma. Mnie troszkę nuźyły fragmenty o zawodach przygodowych (adventure racing), którym autorzy poświęcili sporo miejsca. Trzeba uczciwie powiedzieć również, że amatorzy liczący na podaną tu solidnie wiedzę co jeść, jak biegać, ile trenować nie będą usatysfakcjonowani. Tego w tej pozycji nie ma. Przydatne rady są dość ogólnikowe i w dobie internetu wszystko to (dokładniej rozpisane) można znaleźć na forumach czy innych serwisach o bieganiu.

Podsumowując – pozycja ta to zgrabny miks tematów powodujący, że czyta się ją łatwo i przyjemnie. Skierowałbym ją raczej do biegaczy jeszcze nieprzekonanych do biegów górskich, ultra – tu z pierwszej ręki dowiedzą się co to jest i jak smakuje.
A jak już się przekonają to detale (treningi, diety, sprzęt) wyszukają gdzie indziej.

Książkę wydało wydawnictwo Galaktyka w 2015r. Ma ona 309 stron (+reklamy itd) i okładkowo kosztuje 39,90.